Co u mnie słychać? Co planuję i czy może właśnie gdzieś podróżuję? Oto mój dziennik.
Oto miejsce dla wszystkich osób, które chciałyby być na bieżąco z tym, co dzieje się na blogu. Jeśli nie korzystasz albo nie przepadasz za mediami społecznościowymi, to nie musisz zmieniać swoich przyzwyczajeń, by śledzić moją nierówną walkę z grawitacją. W jednym miejscu znajdziesz zapis tego, z jakim podejściem ostatnio walczyłem, które dało mi w kość i co planuję dalej. Czasami podzielę się też wrażeniami sprzętowymi, czy… memem! Takie posty na fejsie, tylko bez fejsa.
Wpisy umieszczane są chronologicznie, a na górze znajdziesz ten najbardziej aktualny.
13.01.2025 – Coś się kończy, coś się zaczyna
Jeszcze do niedawna sądziłem, że dwie rzeczy na tym świecie nie mają końca. Chochołowska i ten profil. To jednak ostatni raz, kiedy piszę do was jako „Zieloni w podróży”. Spokojnie jednak, nigdzie nie znikam. Ta nazwa towarzyszyła mi ponad 10 lat. Uwierzycie? Dekada! Tylko spójrzcie na tego młodego chłopaka ze zdjęcia 😛

Od pierwszych, często bardzo nieporadnych kroków na szlaku, przez tysiące górskich kilometrów, aż po dzisiejszy dzień. Razem odkrywaliśmy szlaki i uczyliśmy się od siebie nawzajem gór. Przeżyliśmy tutaj sporo wspaniałych przygód i znalazłem w Was niesamowitych kibiców moich wszystkich planów 😀
Czułem już jednak od dawna, że ten rozdział zbliża się do końca. Mój kanał i strona dorosły do momentu, w którym chciałbym pójść dalej już z własnym nazwiskiem. Bądźmy ze sobą szczerzy – od lat i tak znacie moją gadającą głowę po prostu jako… Mateusza. Dla wielu z Was nie zmieni się więc absolutnie nic. Jedyną różnicę jaką zauważycie, to tę w nazwach profili i w pasku przeglądarki. Dalej tu będę! Będę jednak publikował już nie jako „Zieloni w podróży”, a jako ja – Mateusz 🙂 Dla mnie jednak zmienia się sporo, bo chciałbym ruszyć w góry głębiej, niż kiedykolwiek. Dalej, odważniej, z poczuciem górskiej wolności. Mam nadzieję, że mi się to uda.
Obiecuję, że nuda nam tu nie grozi. Dzięki, że jesteście! 🙂
30.12.2025 – Dwunastu Mateuszów na 12 miesięcy mijającego roku!
Jak było? Nie było źle! Nie połamałem się nigdzie, a już samo to może być powodem do uśmiechu. Zwłaszcza że zębów sobie też nie wybiłem! 😛
Ukończyłem (wreszcie!) kurs przewodnicki, który pochłaniał bardzo dużą część mojego życia. Dalej pochłania, bo zimę wykorzystuję na to, by wkuwać materiał do egzaminu przewodnickiego. Uwierzcie, że jest tego masa, a im bardziej wydaje mi się, że wiem, tym bardziej mam wrażenie, że tylko mi się wydaje. Jeśli wszystko pójdzie jednak dobrze, to przynajmniej część 2026 roku będę mógł spędzić z dala od nauki. Zaszyję się gdzieś w lesie! 😉 Sam kurs był dla mnie fajną przygodą i postanowiłem się nie rozstawać z SKPB Rzeszów. W listopadzie ukończyłem Kurs Interpretacji Dziedzictwa, a w 2026 roku nowi kursanci będą musieli się męczyć… z bardzo wymagającym instruktorem/wykładowcą/hejterem Chochołowskiej!

Na blogu i kanale działo się zaskakująco dużo, zwłaszcza że, ze względu na kurs i obowiązki, działałem tu trochę na pół gwizdka. Jeśli mnie pamięć nie myli, to na samym kursie spędziłem prawie 35 dni wyjazdowych, więc jestem zadowolony, że udawało mi się znajdować czas na „własne” wypady. Zima to u mnie trochę martwy czas, ale na początku roku udało mi się wybrać na Magurki w Gorcach i Kozi Wierch w Tatrach. To tam uświadomiłem sobie, że lata lecą i jednak wypada się nieco ruszać przez zimę, żeby potem nie skrzypieć na podejściach 😛 Zacząłem więc też w miarę regularnie się ruszać.
Wiosną na kanale królował serial z Głównego Szlaku Beskidzkiego. Na szlaku byłem co prawda w 2024 roku, ale montowanie tych 16 odcinków zajęło trochę czasu. Całą serię obejrzeliście prawie… 530 tys. razy. Niesamowite. Wliczając w to długi film i odcinek sprzętowy, średnio każdy seans przyciągał 30 000 wyświetleń. Cieszy mnie to bardzo, bo ta seria jest taka… moja. Nie muszę na kanale udawać, że jestem jakiś fajniejszy, niż jestem. Ot, poszedłem sobie przez lasy na drugi koniec kropki.
Wakacje to czas, w którym wreszcie odwiedziłem Tatry. Mam tam jeszcze kilka niedomkniętych spraw. Znalazłem chwilę, by przejść Orlą Perć jednego dnia, no i wykombinowałem, że po 10 latach unikania, może wreszcie pójdę na Rysy. Było… zaskakująco przyjemnie, zwłaszcza że na szlaku było tego dnia bardzo spokojnie. Po stronie słowackiej z kolei pospacerowałem przez Rohacze i też był to bardzo ciekawy dzień. Były w tym roku też Bieszczady, Pieniny, Beskidy, no ogólnie dosyć szeroki przekrój polskich szlaków 🙂 Chciałoby się oczywiście więcej, ale na to przyjdzie czas, jak zrzucę z siebie część obowiązków. Chociaż może przyjdą nowe? Kto wie. Ładnych miejsc, które chciałbym odwiedzić jest jednak sporo i będę coś kombinował.
Jestem bardzo zaskoczony, ale tak pozytywnie, że… ciągle czytacie bloga! W czasach, w których królują krótkie treści w mediach społecznościowych, albo wręcz podpowiedzi od AI, aż pół miliona osób zaglądnęło na stronę. To super wynik i bardzo mnie cieszy, że te opisy ciągle się wam przydają 🙂 W poprzednim roku było podobnie. Jeśli chodzi o media społecznościowe natomiast, to od lat traktuję je raczej… chłodno :p Zdecydowanie lepiej czuję się w tych dłuższych formach i nigdy jakoś nie odnalazłem się w tym całym tworzeniu rolek i walki o algorytmy. Chyba istnieje tam zbyt duże ryzyko i pokusa, by przestać wrzucać to, co się chce, a zacząć to, co ma szansę się „wybić”. Dlatego czasami podzielę się jakąś ciekawostką, a czasami tym, co u mnie słychać i.. to cały mój bogaty repertuar 😛 Chociaż jedną rolkę zrobiłem taką „clickbaitową” i poszła w świat, że hoho!
No i na koniec tej ściany tekstu najważniejsze: bardzo Wam wszystkim dziękuję, że tu zaglądacie 😉 Mam nadzieje, że w treściach, które udostępniam, znajdujecie raz na jakiś czas coś ciekawego dla siebie. Bardzo dziękuję za każdy komentarz (ostatnio jest ich tak dużo, że trudno na wszystkie odpisać! :P), każdą wiadomość, lajki i miłe słowa. Wielkie dzięki za każdą zakupioną koszulkę, książkę, czy kalendarz. No a do tego ściskam jeszcze patronów kanału w serwisie Patronite! 🙂
Wszystkiego dobrego w Nowym Roku, a teraz oddaję wam sekcję komentarzy. Pochwalcie się, co ciekawego udało się Wam zrobić w mijającym roku i jakie plany macie na ten nadchodzący, 2026 rok. Wszystkiego najlepszego!
18.11.2025 – Opowiadać każdy może, jeden lepiej, a drugi.. też nie najgorzej!
Zima to dla mnie czas… nauki. Przygotowuję się do egzaminu państwowego, który pewnie odbędzie się gdzieś na wiosnę 2026. Zapisałem się jednak w międzyczasie na kurs interpretacji dziedzictwa, a wszystko po to, żeby ciekawiej i uważniej opowiadać o tym, co wokół nas. Nie tylko w górach. Te kilka dni, które spędziłem w Sękowej były naprawdę owocne i chwilami nie mogłem uwierzyć, że tak ciekawie można opowiadać o rzeczach pozornie… zwykłych. Nie samą nauką jednak żyje człowiek, a że listopad jest paskudny, to staram się nieco ćwiczyć i ruszać. Mówiłem, że listopad jest paskudny? No właśnie, dlatego odwiedzam siłownie, czego nie robiłem już ze sto lat. Czy to kryzys wieku średniego? Kto wie.
17.10.2025 – Małe kontuzje, małe sukcesy
Z nogą już trochę lepiej, ale o wysiłku większym niż krótki spacer, mogę na razie zapomnieć. Szkoda, bo oddala się wizja jakiegoś górskiego wypadu, a bardzo lubię jesienne, kolorowe lasy. No cóż, lekarza trzeba słuchać, a przede wszystkim słuchać trzeba głosu rozsądku. Pochwalę się wam za to czymś. Pierwszy nakład mojej książki sprzedał się w pół roku. Drugi potrzebował na to nieco ponad rok. W przyszłym tygodniu natomiast pojawi się już… trzeci! Bardzo mnie cieszy, że książka cieszy się cały czas waszym zainteresowaniem. Dzięki! Fakt, że nie mogę na razie wrócić do aktywności wykorzystuję na… nadrabianie życiowym zaległości. Tu coś przeczytam, tam coś obejrzę, no i jakoś leci. Pomyślałem nawet, że spróbuję ożywić mój Instagramowy profil, bo działo się tam ostatnio tyle, co w Chochołowskiej.
10.10.2025 – Ruch to zdrowie, póki fizjo się nie dowie
Jesień to piękna pora roku, no chyba, że jest taka, jak ta tegoroczna – przynajmniej u mnie. Zimno, wieje, pada, ogólnie żyć się nie chce. Oczywiście czekam jeszcze na łaskawość Matki Natury i chciałbym się gdzieś wybrać, kiedy drzewa będą już zachwycać kolorami. Po śniegu też zamierzam podreptać, chociaż nie będą to pewnie żadne dłuższe ani poważniejsze wycieczki. Powoli jednak w mojej głowie pojawiają się myśli o treści zbliżonej do hasła: „No dobra, pora pomyśleć, co dalej”. Pewnie nie zaskoczę was, jeżeli powiem, że nie mam na razie żadnych konkretnych planów co do przyszłego roku. Nie zaskoczę was chyba też tym, że chciałbym przejść jakieś średnio/długodystansowe szlaki. To się na pewno pojawi na kanale w 2026 roku i Chochołowska mi świadkiem, że tak będzie!
Uznałem więc w zasadzie, że konkretne cele się jeszcze wybierze, a o formę trzeba dbać przez cały rok. To żem zadbał. Tak bardzo rzuciłem się na te wszystkie aktywności, że siedzę od dwóch dni z obolałą nogą. 150 przebiegniętych kilometrów we wrześniu to mogło być trochę zbyt ambitnie jak na nowicjusza. Wniosek z tego taki, że muszę cały mój plan treningowy jakoś ustrukturyzować, bo inaczej się połamię i to wy będziecie mi podrzucać jakieś górskie treści do oglądania. P.S. Kalendarze w 99% rozesłane, a Patroni z Patronite niech spodziewają się niedługo w tej sprawie maila.
20.09.2025 – Herbatka też dobra
Pewnie umieracie z ciekawości, żeby się dowiedzieć, ile ten mój rozbrat z kawą potrwał. Wyobraźcie sobie więc, że… trwa do dzisiaj. Pierwsze dni były rzeczywiście fatalne, ale nie spodziewałem się niczego innego. Piłem kawę przez ostatnie kilkanaście lat, a w ostatnim czasie mój kubek miał 450 ml pojemości. Pięć kaw dziennie oznaczało ponad dwa litry tego napoju… „Odwyk” świetnie mi więc zrobił, no i jak przetrwałem te pierwsze dni, to było już tylko lepiej. Nawet jeśli to tylko placebo, to w ogóle mi to nie przeszkadza, bo rzeczywiscie odnoszę wrażenie, że mam więcej takiej równomiernej energii, nie mam „zjazdów” w ciągu dnia, no i wysypiam się naprawdę nieźle.

Najbardziej mnie natomiast rozbawił ostatni, krótki wypad w Bieszczady. Z łóżka zerwałem się o 3:30, a o 4 byłem już w samochodzie. Kiedyś było to trochę nie do pomyślenia, bo przecież i o tej porze trzeba byłoby przeprowadzić cały ten rytuał związany z piciem kawy. Naprawdę nie pamiętam, kiedy ostatnio ruszyłem na szlak tak po prostu, bez kofeiny. Miłe to było doświadczenie, a efekty tego spaceru znajdziecie niżej.
04.09.2025 – Rzucam kofeinę i czuję się jak wrak
Nie pamiętam już dnia, w którym nie wypiłem przynajmniej jednego kubka kawy. Kawę mógłbym pić litrami, co jak się pewnie domyślacie, niesie ze sobą pewne problemy. Nie przesadzam – mój kubek ma 450 ml pojemności i spokojnie mogę ich wypić w ciągu dnia pięć.
Nie tylko lubię smak kawy, ale też cały ten rytuał z nią związany. Kawa rano, potem w południe, a potem coś trzeba zmontować, napisać na bloga, przeczytać, albo tak po prostu sobie usiąść. W ostatnim czasie moje spożycie kofeiny skoczyło więc tak mocno do góry, że zaczynało mi to przeszkadzać. Słaby sen, nerwowość , skoki tętna i tego typu sprawy. Postanowiłem więc całkowicie zerwać z kofeiną, no i… nie jest to przyjemne. Mam zapas herbat owocowych i silne postanowienie. Po kilku dniach chyba będzie lepiej, co?
29.08.2025 – Skończyłem projektować kalendarz na 2026 rok
Prace nad corocznym kalendarzem już zakończone! Otrzymałem nawet wydruk próbny i wszystko wygląda świetnie. Zawsze na niego wyczekuję, bo droga od zdjęcia do gotowego kalendarza bywa zaskakująco wyboista. Żeby to wszystko ładnie wyglądało, trzeba fotografie odpowiednio obrobić. Ekrany świecą, a wydruki odbijają światło. Trzeba więc o tych różnicach w jasności pamiętać, przygotowując pliki do druku. W dodatku drukarki operują w przestrzeni CMYK, a zdjęcie to zazwyczaj RGB.

No i żeby nie było później żadnych, niechcianych chochlików, konwersję wypada zrobić samemu, żeby mieć w 100% wpływ na to, że zdjęcie będzie wyglądać tak, jak miało wyglądać. Ogólnie trzeba na każdym kroku uważać, żeby z rozpędu czegoś nie przeoczyć. Mam nadzieję, że przyszłoroczna, dziewiąta już edycja się wam spodoba! To dzięki Wam powstaje część nowych materiałów i filmów i może uda się w przyszłym roku zaplanować jakąś większą przygodę. Kalendarz możecie zamówić TUTAJ.
09.08.2025 – Kolejny wypad w Tatry, bo czemu nie
Kolejną, wolną chwilę również postanowiłem spędzić w Tatrach. Wiadomo, kiedy jeszcze znajdę na to czas? I tym razem chciałem odwiedzić szlak, na którym mnie jeszcze nie było. Zaplanowałem sobie więc wycieczkę na Rohacze w słowackich Tatrach Zachodnich. Znów wyjazd o północy, ponad cztery godziny w samochodzie no i jakoś przed piąta byłem gotowy do drogi.
Ta wycieczka z kolei bardzo mi się spodobała. Taki ciekawy, górski miks. Trochę bujnej roślinności, charakterystyczne dla Tatr Zachodnich łagodne zbocza, ale same Rohacze pozwalają już na kontakt ze skałą. Było więc wszystko, łącznie z piękną pogodą i spokojem na szlaku. Takie nocne wypady coraz mocniej mnie jednak męczą, więc po dojechaniu na nocleg w zasadzie sił już we mnie nie było. Pojawiły się za to kolejnego poranka, gdy postanowiłem odwiedzić Świnicę.

Planowałem na wierzchołek dostać się szlakiem od strony Zawratu, ale w tamtym kierunku poszło sporo osób. Wiem że późniejszych opowieści turystów, że sporo osób wybrało się na Orlą Perć i było dosyć tłoczno. Znów wybrałem więc spokój i ruszyłem w kierunku Przełęczy Świnickiej. I tym razem był to świetny wybór, więc te dwie wizyty w Tatrach zaliczam do naprawdę udanych.
20.07.2025 – Idę, więc jestem
W ramach higieny życia codziennego… staram się cały czas biegać, ruszać, robić cokolwiek. Okres egzaminów wewnętrznych na kursie przewodnickim pokazał mi, jak źle się czuje, kiedy tygodniami siedzę na tyłku. Nie mówię już nawet o tych ośmiu czy dziewięciu kilogramach, bo tyle właśnie wtedy przytyłem. Nauka, stres, obowiązki, praca i przekąski – oto niezawodny przepis, by przybrać na wadze.
Balastu pozbyłem się szybko, bo już na początku roku, co też było doświadczeniem niezwykle ciekawym. Niby tylko kilka kilo, a czuję się teraz jak piórko.

No ale właśnie, staram się chociaż skromnie, bez szaleństw, ale jednak regularnie ruszać. Trochę biegania, czasami rower. Nawet kiedy idę wrzucić wasze zamówienia do paczkomatu, to pakuje je do plecaka i idę na piechotę. Regularność jest chyba ważniejsza niż chwilowe, krótkotrwałe zrywy motywacji.
04.07.2025 – Krótki wypad w Tatry
W ostatnich latach jakoś nie po drodze mi było z Tatrami. Trudno chyba nawet powiedzieć, dlaczego. Może po prostu polubiłem beskidzką ciszę i spokój? Jest jednak jeszcze kilka szlaków, których nie miałem okazji odwiedzić, no i pomyślałem, że nie ma co tego odkładać. Młodszy już nie będę, o czym przypominają mi pojawiające się coraz częściej siwe włosy.
O pierwszej w nocy wyjazd, potem cztery godziny w samochodzie, no i o świcie byłem w Dolinie Strążyskiej. Uznałem że wycieczka na Giewont to będzie taka fajna rozgrzewka po przyjeździe i rzeczywiście tak było. Zaskoczyło mnie jednak to, jak dużo osób było już na szlaku, mimo że wyszedłem o piątej. Może już taki wolny jestem?

Kolejnego dnia chciałem wreszcie przejść Orlą Perć, bo jakoś nigdy nie było ku temu okazji. W tym wypadku na szlaku byłem już po trzeciej, gdy tylko zaczęło świtać. Magia najkrótszych nocy w roku. No i było wspaniale, pogoda dopisywała, a przede wszystkim było zaskakująco spokojnie. W żlebach nie było już śladu po śniegu, skała była sucha, więc szedlem bardzo sprawnie. Dopiero za Kozim Wierchem spotkałem więcej osób, a na umiarkowany ruch natrafiłem na Granatach. Całe przejście zajęło mi 15 godzin, ale jak się ma 130 minut nagranego materiału, no to idzie się jednak wolniej, niż wskazywałyby na to znaki. Bardzo przyjemny był to dzień i cieszę się, że wreszcie się wybrałem, bo lato mija zaskakująco szybko.
Pozostając w klimacie odwiedzania miejsc, w których mnie jeszcze nie było, przyszła pora i na Rysy. Wyobraźcie sobie, że jakoś zawsze unikałem tego szczytu, bo kojarzył mi się z tłokiem, kolejkami i (paradoksalnie) mało górskim klimatem. Postanowiłem jednak i tym razem wykorzystać najdłuższe dni w roku i skoro świt ruszyłem z parkingu na Palenicy Białczańskiej. Nie napiszę, że szlak na Rysy jakoś mnie porwał, bo w moim odczuciu był trochę… monotonny. Jak już dotarłem w okolice Buli pod Rysami, to widoki raczej nie specjalnie się zmieniały. Ot, takie podchodzenie grzędą wyżej, do tego (za sprawą wystawy) w cieniu.

Sam wierzchołek (oraz ten główny, słowacki) zapewnia natomiast świetną panoramę i miło było ją wreszcie zobaczyć. Na zejściu zacząłem spotykać trochę wiecej osób, ale generalnie to strasznie mi się ten cały wypad udał. Takiej ciszy i spokoju to się nie spodziewałem. Pozdrawiam wszystkich, z którymi udało mi się zamienić parę słów.
23.06.2025 – Ostatni wyjazd kursu przewodnickiego
Ostatni kursowy wyjazd już za mną. Trochę trudno uwierzyć, że te kilkanaście miesięcy tak szybko zleciało. Tym razem odwiedziliśmy Worek Raczański, no i nie brakowało ciekawych widoków i jeszcze ciekawszych zejść. Taki Oszus czy zejście ze Świtkowej naprawdę robi wrażenie i nietrudno tam się poddać grawitacji. Kilkudniowa wędrówka upłynęła w klimacie noszenia całego dobytku na plecach, co przypominało mi nieustannie, w jak słabej formie jestem.

Testowałem też nowy plecak, bo mój model o pojemności 65 l ma już swoje lata, a przede wszystkim w dnie zaczęły pojawiać się dziurki. Ten nowy ma 43 litry i całkiem swobodnie wpakowałem do niego wszystko, co było mi potrzebne. Przeszliśmy chyba niecałe 80 kilometrów, więc to za mało, by napisać coś więcej, ale wygodnie pokonywało się dystans. Potwierdziło się natomiast ponownie, że nigdzie nie sypiam tak dobrze, jak w namiocie. Może pora rozbić go sobie w pokoju? To był naprawdę wartościowy czas.

10.04.2025 – Pora na coś nowego. Tylko co?
Po kilku miesiącach od startu w Wołosatem powoli zamykam tematykę Głównego Szlaku Beskidzkiego. Jutro ukazuje się na kanale ostatni, finałowy odcinek z przejścia. Sprawnie chcę też powrzucać na bloga wpisy z poszczególnych etapów. Będą one raczej krótkim, konkretnym uzupełnieniem filmów. Opis, mapa, trochę informacji praktycznych. Znajdziecie je albo w zakładce z relacjami z Beskidów, albo po prostu pod tagiem: Główny Szlak Beskidzki. Na koniec chciałbym stworzyć jeszcze jeden, taki ogólny artykuł z poradami. Czy wystarczy mi na to jednak czasu? Tego nie wiem.
Powoli, a w zasadzie co raz szybciej, muszę zabierać się za naukę. Pamiętacie egzamin wewnętrzny? Nie wiem dokładnie kiedy, ale prawdopodobnie na jesień, chciałbym przystąpić do egzaminu państwowego. Postawić taką „kropkę nad i”. Żeby to miało jednak sens, muszę solidnie wkuwać i utrwalać materiał. Jak się doda do tego resztę obowiązków i pracę, to nie zostaje za dużo wolnego. Mimo wszystko postanowiłem już jakiś czas temu popracować nad sprawnością, no i nawet stare, zakurzone hantelki wyciągnąłem z odmętów strychu. Potwornie się zasiedziałem przez zimę, ale szczęśliwie wszystko wraca powoli do normy. Udało mi się nawet zrzucić nadprogramowe 9 kilo, więc to w zasadzie więcej, niż nosiłem w plecaku na GSB. Szaleństwo, co?
Co więc dalej? Jakie plany na 2025 rok? A no… żadne. Żadne konkretne przynajmniej. Trudno mi z góry zaplanować jakiś długi wypad, więc najpewniej góry będę starał się odwiedzać w ramach jakichś kilku, ale krótszych wypadów. Polubiłem jednak takie wielodniowe wędrówki, więc chciałbym się gdzieś powłóczyć z plecakiem. Odwiedzić jakieś ciekawe miejsca, zrobić dla siebie coś fajnego. Wiecie, żeby na koniec mruknąć sobie pod nosem, że: „Kurde, fajne to było.” Decyzje jednak będę pewnie podejmował spontanicznie, na podstawie tego, ile mam czasu, no i jak wyglądają prognozy. Może jesień nie będzie stracona? Decyzję o GSB też podjąłem dosyć spontanicznie. Na samym dole strony jest sekcja z komentarzami – może wy podzielicie się jakimiś inspiracjami? Tylko nie wysyłajcie mnie proszę na Everest!
29.03.2025– Niby tylko kawałek blaszki, a jak cieszy!
To był wyjazd, który długo będę wspominał. W teorii zupełnie zwyczajny, ot kolejne włóczenie się z SKPB Rzeszów po szlakach i bezdrożach. Tym razem padło na Pogórza – Rożnowskie i Ciężkowickie. To w czasie tego weekendu jednak odbyło się uroczyste „blachowanie”, czyli wręczenie przewodnickim blach kursantom, którzy zdali egzaminy wewnętrzne koła. Nie jestem człowiekiem, który skacze z radości bez byle okazji, ale w tamtym momencie unosiłem się niemal nad podłogą. Same pogórza są super, sam w końcu mieszkam na Pogórzu Strzyżowskim, a moim koleżankom i kolegom z kursu serdecznie gratuluję! Ale to pewnie wiecie, bo wam już mówiłem.

03.02.2025 – Tatry są tam, gdzie były. Formy nie ma, czyli też bez zmian.
Tylko praca i nauka – tak mijały mi ostatnie tygodnie. Kiedy więc w prognozach zobaczyłem symbol słońca, postanowiłem zrobić coś, czego już dawno nie robiłem. Pojechałem więc w Tatry. Nie miałem czasu, na obmyślanie jakiejś szczegółowej strategii, no i bałem się, że ostatni „bezruch” może się na mnie zemścić. Wybrałem się więc na klasyczną, zimową wycieczkę i odwiedziłem Kozi Wierch. Plan jednak postanowiłem urozmaicić wschodem słońca. Żeby zdążyć przed świtem, musiałem wyjść z parkingu jakoś po pierwszej w nocy, co było wyzwaniem samym w sobie. Niewyspany, bez formy, przedzierając się niekiedy przez nawiany śnieg sunąłem zboczem wyżej. Dobrze, że w końcu pokazały się jakieś kolory, bo już zaczynałem się zastanawiać, czy rzeczywiście chce mi się iść na szczyt. Poranek jednak wynagrodził wszystko!
11.01.2025 – Nowy Rok, nienajnowszy ja
Nigdy nie byłem fanem postanowień noworocznych i niewiele się w tym temacie zmieniło. Zaczynam jednak dostrzegać, że kiedy nie mam żadnego, konkretnego celu, czas mija mi zaskakująco szybko na… niczym. Zabrałem się więc za montaż odcinków z mojego przejścia Głównego Szlaku Beskidzkiego, bo zima to w zasadzie jedyny okres, kiedy mam trochę wolnego czasu.
14.12.2024 – Wiem, że nic nie wiem
Grudzień 2024 był dla mnie jednym z najbardziej intensywnych miesięcy ostatnich lat. Nie biegałem, nie wędrowałem, nie wspinałem się i patrząc na mnie z boku można by odnieść wrażenie, że w ogóle… się nie ruszałem. Nie byłoby to dalekie od prawdy. Intensywnie natomiast wertowałem kolejne strony przewodników, notatek, no i wkuwałem niemal na pamięć całe mapy. Pasma, grzbiety, szczyty, rzeki, miejscowości i wszystko to, co na arkuszu było zaznaczone. Po co?
A no czytajcie uważnie! To właśnie w sobotę, 14.12.2024 r. odbyła się teoretyczna część egzaminu wewnętrznego na kursie przewodnickim. Tę praktyczną, zdałem miesiąc wcześniej. Nie było łatwo, tyle wam powiem, ale… zdałem! Egzamin podzielony był na kilka działów, no i wszystkie z nich zaliczyłem w pierwszym terminie. Oznacza to tylko i aż tyle, że mogę wypatrywać już najprawdziwszej blachy przewodnickiej.
Uprzedzam jednak, że to egzamin wewnętrzny SKPB Rzeszów. Takie „prawdziwe” uprawnienia państwowe zdobywa się w ramach egzaminu państwowego. To potencjalnie jeszcze przede mną.
22.11.2024 – Powolutku do przodu
Nie wszyscy wiedzą, ale od jesieni 2023 uczęszczam na kurs przewodników beskidzkich i to pochłania jakieś 90% mojego wolnego czasu, entuzjazmu i sił. Ciekawe, górskie wyjazdy to jedno, ale trzeba przede wszystkim przyswoić sobie MASĘ wiedzy. Jest jej niekiedy tak dużo, że uszami się to wszystko wylewa. Obecny okres jest dla mnie niezwykle intensywny i dosyć stresujący. Oto bowiem wkroczyłem w etap egzaminów wewnętrznych! Co więcej, jeden z nich już zdałem, ale nie było nawet czas, żeby się tu pochwalić. Chwilami więc trzeba było zasiąść na zaszczytnym, pierwszym miejscu w autobusie, wziąć mikrofon do ręki i… opowiadać. Nie zabrakło też opisywania ciekawych obiektów, panoram, czy prowadzenia grupy pięknymi, górskimi ścieżkami – no jak to na wycieczce z przewodnikiem, tylko w jego rolę, pod bacznym okiem komisji, wcielałem się ja. To jednak nie koniec nauki, bo w połowie grudnia czeka mnie kolejny egzamin, tym razem teoretyczny.
17.09.2024 – Film z Głównego Szlaku Beskidzkiego już dzisiaj!
Koniec tego roku będzie dla mnie bardzo wymagający. Szczerze mówiąc, to zdecydowanie bardziej wolałbym znowu iść na szlak. Dużo pracy, obowiązków, ale przede wszystkim nauki przed egzaminami wewnętrznymi na kursie przewodnickim. Mija już praktycznie rok, odkąd rozpocząłem tę przygodę. Im dłużej zgłębiam tajniki wiedzy, tym chyba bardziej byłoby mi teraz żal gdzieś się „wyłożyć”. Wszystkie więc wolne chwile będę starał się przeznaczyć na naukę.
Nie oznacza to jednak całkowitego przestoju na blogu! Wiem, że później z wolnym czasem może być różnie, dlatego postarałem się, żeby moje wspomnienia z przejścia Głównego Szlaku Beskidzkiego miały swój filmowy debiut. Już dzisiaj, o godzinie 19:00, na kanale pojawi się nowy film. Mam nadzieję, że się Wam spodoba. Kolejne, (bo będą kolejne!), postaram się wrzucać już w wolnej chwili. Chciałem jednak, żebyście z całą tą historią, którą tu śledziliście, mogli się zapoznać w nieco bardziej interesujący sposób. Do zobaczenia w komentarzach!
20.08.2024 – Powroty są trudne
Minął już tydzień, odkąd ukończyłem Główny Szlak Beskidzki. Te siedem dni to w teorii bardzo dużo czasu, by zebrać myśli. Niestety, trochę jak na złość, nie umiem ich jeszcze ładnie przelać na papier. Czego bym w środku nie czuł, to spod klawiszy wychodzi to:
„No, było fajnie”
I to prawda! Było tak fajnie, że do teraz nie mogę się przestawić. Wir obowiązków szybko jednak mnie wchłonął, a zrobione zdjęcia i nagrane klipy oglądam, póki co, tylko ukradkiem. Ciągle zastanawiam się w jakiej formie pokazać te kilkanaście dni na szlaku. Jeden dłuższy film, czy raczej odcinkowy serial? Jeżeli masz chęć, to możesz udać się do tego posta na Youtube i oddać swój głos w ankiecie.
13.08.2024 – GSB dzień 16. Meta w Ustroniu!

12.08.2024 – GSB dzień 15. Z Hali Miziowej na Pietraszonkę
Pewne nieprzewidziane wydarzenia sprawiły, że już jutro wieczorem muszę być u siebie. Mój plan związany z przejściem Głównego Szlaku Beskidzkiego diametralnie się więc zmienił. Najpierw zakładał 18 dni, potem 17, a teraz jeszcze jeden dzień mniej. Rano do mety miałem prawie 78 kilometrów.
To chyba częsty problem osób, które przemierzają ten szlak. W końcu to 500 km, których przejście zajmuje sporo czasu. Skąd go brać?
Dzisiaj miałem przejść do Węgierskiej Górki i skończyć etap po 24 kilometrach. Kolejne dwa dni chciałem przeznaczyć na wędrówkę przez Beskid Śląski. To jednak nie wchodziło już w grę.
Było tylko jedno wyjście. Przejść dzisiaj tak dużo, jak się da, żeby jutro mieć szansę dotrzeć do Ustronia w godzinach popołudniowych.
Z Hali Miziowej wyruszyłem jeszcze przed świtem. Jest jakaś magia w tym kolorze, który maluje się przed wschodem na horyzoncie.
Odcinek na Halę Rysiankę był bardzo przyjemny. Dwa, większe podejścia, ale raczej spacer. O poranku chyba każdy szlak ma bonusowe punkty do urody. Grząsko jednak było, a niekiedy szukanie obejść kałuży kończyło się tym, że wchodziło się w obejście obejścia.
Tatry tylko delikatnie rysowały się w oddali. Szósty dzień na nie polowałem i w czasie GSB nic z tego nie wyszło. Pognałem więc w stronę Hali Pawlusiej, a dalej szlakiem w kierunku Węgierskiej Górki. Na odcinku trawersującym zbocze Romanki jest jedyny łańcuch na całym Głównym Szlaku Beskidzkim! Nic trudnego, po prostu ubezpiecza miejsce, które przy niepogodzie może być śliskie.
Nie umiem wyjaśnić dlaczego, ale podobał mi się fragment od Słowianki do Węgierskiej Górki. Jakiś taki sielski, a niekiedy i widokowy. W samym miasteczku asfalt też nie był jakoś mocno uciążliwy.
Tutaj jednak zaczęły się schody, bo po 24 km czekało mnie jeszcze 18 i blisko kilometr przewyższeń. Ciepło było, słońce przypiekało, a ja dreptalem dzielnie do góry. Kiedy jednak dotarłem wystarczająco wysoko, szlak na nowo mnie oczarował. Hala Radziechowska zrobiła mi dzień!
Naprawdę bardzo ładny jest ten odcinek w kierunku Baraniej Góry, chociaż niekiedy moje stopy płakały na luźnych, wyjeżdżających spod butów kamieniach. Szczyt zapewnił sporo ładnych widoków, ale wieża rzeczywiście jest zamknięta i nieczynna.
Końcówka tego etapu to w teorii proste zejście. W praktyce jednak znienawidziłem ten fragment, bo kamulców było tam milion i pięć. Nocleg znalazłem na Pietroszonce. Według map pokonałem tego dnia prawie 43 km i 1700 metrów w pionie. Realnie pewnie jeszcze trochę więcej.
Dużo, ale dzięki temu kropka w Ustroniu znów stała się realna. Do końca 36 km. Jutro więc wielki dzień. Spokojnie, uważając na kamienie, by na samym końcu nie zrobić sobie jakiejś głupiej kontuzji. No albo jak to mawia młodzież, by nie zesrać się metr od kibla.
11.08.2024 – GSB dzień 14. Z Przełęczy Krowiarki na Halę Miziową
Pięć dni prób i pięć dni porażek. Nawet dzisiaj Tatry skryły się pod chmurami. Jutro ostatnia szansa dla ludzi takich, jak ja, czyli ze „średnim” wzrokiem. W Beskidzie Śląskim będą pewnie już zbyt odległe.
Byłem w szoku, gdy zobaczyłem, co działo się na parkingach w okolicy Przełęczy Krowiarki przed piąta rano. Absolutnie wszystkie miejsca były zajęte. Kiedy podchodziłem więc na Babia Górę, mijałem tłumy wracające ze wschodu słońca. Pewnie nawet swojej czołówki nie trzeba było zabierać, tak jasno musiało być w nocy.
Trudno było niekiedy przeciskać się na wąskiej ścieżce, ale im bliżej szczytu byłem, tym luźniej się robiło. Na wierzchołku zostało może kilkanaście osób. Wiało jak zwykle, ale widoki dopisywały. No, może poza Tatrami. Do schroniska na Markowych Szczawinach ruszyłem w dobrym humorze, a gdy wypilem tam kawę, to już w ogóle niestraszne mi były kolejne kilometry. Przez chwilę jednak.
Wszystko co dalej było dla mnie nowe, a że ścieżką trawersująca od północy ma sporo uroku, to szło się bezproblemowo. Kłopoty pojawiły się wtedy, kiedy jakimś cudem musiałem w górach iść pod górę. Kto by to przewidział przed wyjściem z domu?
Zbierałem więc przewyższenia, uważnie oglądając otoczenie. Hala za szczytem Mędralowej to moje nowe odkrycie! Teren falował, więc często zdobytą wysokość musiałem po chwili oddawać. Oddać natomiast nie musiałem herbaty, którą mnie poczęstowano w bazie Głuchaczki. Dzięki!
Na Przełęczy Glinne włączył mi się tryb: „Przestań już nagrywać, bo nigdy nie dojdziesz”, więc mimo sporego przewyższenia, sprawnie dotarłem do schroniska na Hali Miziowej. Tu wypadła metą tego odcinka, raptem po 33 km i 2050 metrach przewyższeń. Nie sądziłem, że na tym odcinku aż tyle ich można nazbierać. Moje nogi też są ciągle zdziwione. Nie informuję ich jeszcze, że jutro znowu idą. Niech śpią w niewiedzy.
A klipów, tylko dzisiaj, nagrałem dokładnie 441. Co ja z tym zrobię, to nie mam pojęcia. Pozdrawiam wszystkich, którzy też się dzisiaj na Babią wybrali!

10.08.2024 – GSB dzień 13. Ze Skawy na Przełęcz Krowiarki
To był długi dzień. Długi nawet wśród tych długich. Najpierw mityczny odcinek od zakopianki, przez Skawę, Jordanów i Bystrą. Chyba nie cieszy się on popularnością wśród turystów, ale nie szło mi się źle. Asfaltu nie brakowało, to prawda, ale było trochę wzgórz, widoków, a nawet odcinki przez las. O poranku było też rześko, więc sprawnie pokonałem te 15 km.
Wreszcie znalazłem się u stóp Policy. W tej części Beskidu Żywieckiego jeszcze mnie nie było, więc z ciekawością pokonywałem kolejne kilometry. Szlak raczej jednostajnie piął się do góry. Czasami dało się coś zobaczyć, ale jednak dominował głównie las.
Wyobraźcie sobie też, że dopiero dzisiaj pobiłem rekord wysokości na GSB, ustanowiony pierwszego dnia. To wtedy wszedłem na Tarnicę, która mierzy 1346 m n.p.m. Polica natomiast wznosi się na 1369. Kilkanaście dni musiałem czekać, by znaleźć się wyżej, niż pierwszego dnia.
Liczyłem na to, że z Policy będzie widać trochę więcej. Może to nieco wynagrodziło by mi fakt, że już czwarty dzień z rzędu Tatry chowają się pod chmurami. Jutro kolejna okazja, może sama Królowa Beskidów, Babia Góra, zaczaruje nieco pogodę.
Pokonałem dzisiaj szlakiem jakieś 38 km i blisko 1500 metrów w pionie. Nocuję natomiast poniżej Przełęczy Krowiarki, w Zubrzycy Górnej. Tylko tutaj znalazłem coś wolnego na weekend. Mijałem co prawda schronisko na Hali Krupowej, ale pomyślałem, że to trochę za blisko i warto podejść dalej. Na dojście do Markowych Szczawin się z kolei nie pokusiłem, bo bym padł tam zapewne nieżywy.
Jutro liczę na piękne widoki!
09.08.2024 – GSB dzień 12. Ze Studzionek do Skawy
Plan był inny. Wyobrażałem sobie, że poranek będzie piękny, a jak dotrę na Halę Długa i Turbacz, to widoki zwalą mnie z nóg. Niestety.
Już od samego rana było pochmurnie i mgliście. Studzionki opuściłem tuż po piątej, czekając jeszcze chwilę, by przestało padać. Szlak nie sprawiał trudności, ale im wyżej się piąłem, tym szybciej do mnie docierało, że z widoków nici.
Hala Długa to chyba jedna z piękniejszych hal w całych Beskidach. Przy dobrej pogodzie pięknie prezentują się stamtąd Tatry. Ja jednak musiałem ratować się ucieczką do pobliskiego schroniska. Zero widoków i deszcz. Nim wyciągnąłem pelerynę, już cały byłem mokry.
No i w zasadzie przez kolejne godziny skupiałem się na stawianiu kroków. Szlakami spływały strugi wody i chociaż mglisty las bywa klimatyczny, to jednak szarówka nieco rozczarowała.
Szczęście dopisało mi tuż przed Maciejową, kiedy pogoda się poprawiła. Wstąpiłem tam na kawę, chwilę wygrzałem się do słońca i zszedłem do Rabki-Zdroju. Tutaj klasyka, czyli zakupy i dreptanie po chodnikach i asfaltach. Postanowiłem jednak zanocować kawałek za miejscowością, żeby jutrzejszy odcinek był krótszy. Ponoć szlak przez Jordanów i Bystrą nie należy do atrakcyjnych, ale jutro sprawdzę to osobiście. Zawsze to trochę krócej.
Pora ruszać w Beskid Żywiecki! Najtrudniejsze dni na szlaku dopiero przede mną. Jeśli jednak pogoda dopisze, to powinni być pięknie.
08.08.2024 – GSB dzień 11. Z Przełęczy Przysłop na Studzionki
Dzisiaj lenistwo na całego! Ledwie 27 km i 1250 metrów w pionie.
Przyjemny to był dzień, chociaż z jednym, malutkim „ALE”. Poranek był umiarkowanie ładny. Słońce dopisało, ale nie dopisało miejsce, w którym się akurat wtedy znajdowałem. Bywa.
Początek tego etapu to bezproblemowy szlak w stronę Krościenka. Trzeba było dzisiaj pożegnać Beskid Sądecki, w którym spędziłem dwa ostatnie, przyjemne dni. Zejście do miasta oznaczało jedno – zakupy. Wnętrze mojego plecaka przypominało po chwili bardziej skrytkę z zapasami przedszkolaka, niż człowieka w (ekhm) sile wieku, ale słodycze zaskakująco dobrze smakują w czasie górskich wędrówek.
Pierwsze kroki w Gorcach należały do udanych. Zabudowa Krościenka oddalała się z każdym krokiem, a po drugiej stronie Dunajca wznosiło się pasmo, w którym byłem jeszcze kilka godzin temu. Na całe szczęście szlak na Lubań, który był moim celem, nie jest już tak stromy, jak ten wczoraj. Droga z Rytra na Radziejową to jednak kawał harówki.
Tu było inaczej. Jednostajnie i długo do góry, ale bez przesadnych stromizn. Ot, takie dreptanie. Na tym etapie wędrówki pojawiło się jednak „ALE”. Było pięknie, ALE Tatry skryły się pod chmurami. Nie poprawiło się już do samiutkiej wieży na szczycie Lubania. Widok był więc jak zwykle wspaniały, ALE jednak żal trochę tej panoramy Tatr.
Chwilę później zaczęło mżyć, zgodnie z prognozami zresztą. Dlatego dzisiaj nie chciałem bezsensownie wydłużać trasy, a taki krótszy, regenerujący dzień się przyda. Beskid Żywiecki i Babia Góra coraz bliżej. Reszta tego odcinka to w zasadzie spacer, przerywany nieznacznymi podejściami i obniżeniami. Bez emocji, ale też bez trudności. Mało widokowy, ale jednak relaks.
Jutro raczej niezbyt trudny dzień. W drodze na Turbacz będę mijał piękną Hale Długą. Tam Tatry już mi się nie schowają!
07.08.2024 – GSB dzień 10. Z Hali Łabowskiej na Przełęcz Przysłop
Czas mija szybko, kiedy macha się cały dzień nogami, a te pozostałą chwilę wykorzystuje na zaplanowanie kolejnego dnia, czy znalezienie noclegów.
Poranek był piękny! Tylko że Hala Łabowska, gdzie nocowałem, nie jest najbardziej widokowym miejscem na świecie. Do Rytra udałem się jednak w dobrym nastroju. Porzuciłem Pasmo Jaworzyny i ruszyłem w kierunku Pasma Radziejowej. Kilka miłych dla oczu widoków pojawiło się na zejściu.
W Rytrze jest wszystko, co potrzebne, czyli sklep i apteka. W tej drugiej uzupełniłem elektrolity, bo te 10 godzin marszu dziennie bywa męczące. Żadnych innych „wspomagaczy” chyba nie mieli.
No i tu się też zaczęło. Rytro leży na wysokości mniej więcej 350 m n.p.m., a szczyt Radziejowej ma 1262 (albo 1266, w zależności od źródeł). Matematyka jest nieubłagana. Podejście wyrwało więc od razu do góry, ale że ładnie było, to nie czułem tego aż tak mocno. Wreszcie zrobiło się widokowo, ścieżki były wygodne i jakoś przyjemnie mijał czas.
Nie odmówiłem sobie oczywiście wejścia na wieżę widokową na Radziejowej, chociaż Tatry skryły się za chmurami. Już widzę te memy:
„Szedł 250 km, żeby zobaczyć Tatry, ale wyszły chmury”.
Jutro kolejna szansa na pięknym Lubaniu! Kolejny dzień bowiem to już zwiedzanie Gorców.
06.08.2024 – GSB dzień 9. Z Banicy na Halę Łabowską
Nocuję dzisiaj w schronisku, w którym prąd bywa czasami, a wieczorami go nie ma. Z Internetem i zasięgiem też krucho. Woda w prysznicu jednak ciepła, łóżko wygodne, kawę mają, a do tego pyszny żurek! Pozdrawiam załogę.
W skrócie więc: bardzo miły dzień! Niby 32 km, prawie 1500 do góry, a szło się jakoś tak leniwie.
Opuściłem dzisiaj Beskid Niski, który żegnał mnie, a jakże, deszczem. Bez żalu pognałem dalej, bo chociaż pasmo to lubię, to chyba jednak w miejscach, które sam mogę wybrać. Szlak takiej swobody nie zapewnia, a deszcz i błoto na pewno nie sprzyjały kontemplacji przyrody.
Po paru godzinach marszu wkroczyłem w Beskid Sądecki. Powoli, stopniowo, najpierw odwiedzając jeszcze Krynicę – Zdrój. Zrobiłem zakupy i pognałem na Jaworzynę Krynicką. Pognałem jednak to za duże słowo. Na szczycie zorientowałem się, że jakoś tak chłodno, bo raptem 12 stopni. No a że wiało, to odczuwalna pewnie jeszcze niżej. Dotarło to do mnie, kiedy jako jedyny paradowałem tam w spodenkach.
Odpocząłem, zjadłem i ruszyłem dalej. Wyszło wreszcie słońce, po początkowym podejściu szlak był teraz spacerowy, no i wreszcie…suchy. Trochę błota się pojawiło, ale o mokrych butach mogłem już zapomnieć. Niby kawał drogi, a przed 15 byłem już na Hali Łabowskiej, gdzie nocuję.
Kombinuję teraz co dalej, pije kawę, no i oczywiście pozdrawiam! Wiecie, że już połowa za mną? Dzisiaj przekroczyłem 250 km.

05.08.2024 – GSB dzień 8. Z Bartnego do Banicy
Ostatnie wschody słońca nie należały do zbyt urodziwych i nie inaczej było dzisiaj. Ósmy raz z rzędu wychodzę o piątej i ciągle czekam na ładne światło. Chciałbym w kalendarzu na 2025 rok mieć jakiś kadr z Głównego Szlaku Beskidzkiego, więc choćbym miał niedospać, to nie odpuszczę.
Z Bartnego ruszyłem w stronę Wołowca. To całkiem urokliwy odcinek, jednak mokre trawy i wąskie, zarośnięte ścieżki nie pozwalały nabrać rytmu. Ten motyw powtarzał się dzisiaj wielokrotnie. Beskid Niski – Beskid Śliski? Klimat był jednak świetny, bo mimo że pochmurno, to gdzieś nad wszystkim unosiła się niekiedy tajemnicza mgła. Widziałem nawet jelenie, ale łączny czas nagrań z nimi to jakieś 0,3 sekundy.
Nogi rozgrzałem w drodze na Popowe Wierchy, jedno z trzech głównych podejść tego dnia. Chyba najłatwiejsze, bo rozprawiłem się z nim raz dwa. Po zejściu do Zdynii udało mi się zlokalizować sklep, gdzie popędziłem niemal jak na skrzydłach. Czynny od 6:30! Uzupełniłem zapasy, co od razu poczułem po ciężarze plecaka, ale że wychodząc z wsi zajadałem lody, to nawet się tym nie przejmowałem.
Na Rotundę wszedłem sprawnie, bo nie mogłem się doczekać widoku chyba jednego z najpiękniejszych cmentarzy z okresu I wojny światowej. Cmentarz nr 51 jest po prostu niesamowity i cieszę się, że wreszcie mogłem go zobaczyć na żywo.
Myślami rozprawiałem się już jednak z Kozim Żebrem, a chwilę później rozprawiałem się z nim mięśniami. To chyba rzeczywiście mój faworyt, jeśli chodzi o intensywność podejścia. Zmachalem się tam jak głupi, ale zejście nie było już tak trudne. Wczorajszy Kolanin zdetronizowany, ale wcale nie tak zdecydowanie. Te podejścia w Niskim są krótkie, ale dosyć intensywne. Jednego dnia można przekraczać i trzy grzbiety, więc podchodzenia nie brakuje.
Nie miałem planu na ten dzień. Zamierzałem po prostu iść przed siebie, bo wiedziałem, że po drodze będę mijał miejsca z noclegami. Ścigałem się trochę z pogodą, ale też starałem się obserwować moją nieco osłabioną nogę. Ta spontaniczność dzisiaj się jednak opłaciła. Jedynie ostatnie dwie godziny szedłem w deszczu, a jeśli chodzi o dzienny dystans, to udało się pokonać ponad 36 km i blisko 1500 metrów w pionie. Kto by pomyślał, że w Niskim można tyle uzbierać?
Jutro opuszczam to pasmo i wchodzę w Beskid Sądecki. Prognozy są mieszane. Deszcz nie przeszkadza mi jakoś mocno. Nakładam pelerynę i idę. Mój aparat jednak nie jest wodoodporny i czasami żal przejść obok bez zdjęcia czy nagrania. Zwłaszcza, gdy mija się coś ładnego. Z nogą lepiej, oby lepiej było też z pogodą! Gorzej za to z kawą, bo się skończyła i zapomniałem kupić. Jutro mijam Krynice – Zdrój i kawa jest pierwsza na zakupowej liście.
04.08.2024 – GSB dzień 7. Z Chyrowej do Bartnego
Poluję nieustannie na wschody słońca, ale ciągle czekam na taki, który zwali mnie z nóg. O poranku było całkiem ładnie, ale to jeszcze nie to.
Powoli zanurzyłem się w las i poprzez Polanę i Łysą Górę dotarłem w okolice Grzywackiej Góry. Szlak nie prowadzi na jej wierzchołek, ale podszedłem kawałek. Na szczycie znajduje się krzyż milenijny, a wokół niego wiją się schodki, prowadzące na taras widokowy. Nie jestem fanem takich konstrukcji, zwłaszcza że bujało. Okazało się później, że były to najbardziej okazałe panoramy tego dnia.
Do Kątów ruszyłem z uśmiechem, ale szybko zmazał mi się z twarzy.
Zapomniałem, że dzisiaj niedziela. Jedyny sklep po drodze miał więc skrócone godziny pracy, a ja przyszedłem sporo za wcześnie. Uznałem, że nie ma sensu tyle czekać, zwłaszcza że mam jeszcze zapasy.
Wkroczyłem następnie do Magurskiego Parku Narodowego, który będzie mi się śnił od dzisiaj po nocach. Drzewa wszędzie! Kilka bitych godzin w lesie. Podejście na Kolanin niemal mnie wykończyło, ale chociaż szczyt stawiał zacięty opór, to udało mi się na niego wgramolić. Kulminacyjnym momentem była dzisiaj Magura.
Bartne przywitało mnie widokiem bacówki. Wynagrodziłem sobie dzisiejszy trud kawą i pierogami.
Trudny to był dzień, bo moja wczorajsza kontuzja pogłębiała się z każdym kolejnym krokiem. Pod koniec już ledwo ciągnąłem nogę za sobą. Te 34 kilometry i 1500 metrów w pionie trochę mi się przez to dzisiaj dłużyły.
Planem na jutro jest brak planu. Wstanę, sprawdzę swoją formę i… pójdę przed siebie. Po drodze mijam kilka miejscowości z noclegami. Na ile pozwoli noga, tam dojdę.
03.08.2024 – GSB dzień 6. Z Rymanowa – Zdroju do Chyrowej
Miało padać i padało. Już od wczoraj zerkałem na prognozy i zastanawiałem się, czy da się jakoś przechytrzyć Matkę Naturę. Nie dało się. Padało od rana do późnego popołudnia.
Wyszedłem więc wcześnie, bo skoro miałem być mokry, to lepiej szybko dotrzeć na kolejny nocleg. Z Rymanowa-Zdroju udałem się w kierunku kolejnego uzdrowiska na szlaku – Iwonicza-Zdroju. Tam zaczął się asfalt, a chwilę później deszcz. Jak więc pewnie sobie wyobrażacie, szczęśliwy z tego powodu nie byłem.
Ucieszyłem się jednak chwilę później, gdy z Lubatowej sprawnie udało mi się przedostać do lasu. Pod rozłożystymi koronami drzew padało mniej, a i ścieżka bardziej sprzyjała stopom.
Podejście na Cergową poszło mi zaskakująco sprawnie. Końcowy fragment niektórzy nazywają „ścianą płaczu”, ale to raptem kilka minut dreptania. Nawet błoto mnie nie powstrzymało. Nie w tym miejscu.
Na szczycie stoi wieża, w normalnych warunkach widokowa. Nie było jednak co oglądać, więc pomknąłem dalej. Na chwilę zatrzymałem się koło pustelni św. Jana z Dukli, a następnie sprawnie, poprzez Chyrową, zszedłem do… Chyrowej. No i na tym zdjęciu błoto mnie pokonało. Gdzieś niefortunnie podjechała mi noga i coś mnie od tamtego momentu kłuje w udzie. W takich chwilach jednak wyznaje dwie proste zasady:
1. To się zateguje.
2. Chodzić obserwować.
Jutro ma być już ładnie. Kiedy to pisze, gdzieś między chmurami pokazuje się błękit nieba.
02.08.2024 – GSB dzień 5. Z Komańczy do Rymanowa – Zdroju
Wczoraj pożegnałem Bieszczady i wkroczyłem w drugie pasmo górskie na trasie mojej wędrówki. Odcinek prowadzący przez Beskid Niski ma długość mniej więcej 150 km, więc czeka mnie sporo maszerowania.
Poranek był pogodny i sprawnie zabrałem się do dreptania. O świcie jeszcze mi się chce. Jasnym punktem tej części dnia były widokowe łąki i Wahalowski Wierch. Łatwo zapamiętać jego wysokość – 666 m n.p.m.
Nie pogubiłem się tam, jak niekiedy ostrzegały internetowe relacje i dziarskim krokiem poprzez Kamień ruszyłem w stronę Przybyszowa. Beskid Niski jest pasmem, w którym gdzieś nad dolinami unosi się duch historii. O tym, że mieszkali tu kiedyś Łemkowie, mówią nieliczne już ślady. Starałem się więc ich poszukać, niespiesznie zwiedzając.
Relaks skończył się chwilę później, bo podejście na Tokarnię było dosyć intensywne. Szczyt jednak nie zostawił mnie bez nagrody. Można było na wierzchołku nieco nacieszyć oczy widokami.
Potem był las. Tak ze trzy godziny, ale ciągle maszerowało się przyjemnie. To skończyło się jednak dramatem. Dramat ten miał postać asfaltu, liczył blisko 6,5 km, no i myślałem, że tam po prostu padnę. Nawet nie wiecie, jaką ulgę poczułem, gdy z tych Puław doczłapałem do Bazy Namiotowej SKPB Rzeszów w Wisłoczku. Zimna woda z tamtejszej studni od razu poprawiła mi humor. No i jakoś tak miło było odwiedzić miejsce, w którym przecież nie tak dawno bazowałem.
Do mety w Rymanowie-Zdroju udałem się przez Wołtuszową. To kolejna, wysiedlona miejscowość, po której ostały się już nieliczne ślady. Takich miejsc w czasie mojej wędrówki przez Beskid Niski nie zabraknie.
Teraz pada deszcz. Najgorsze, że jutro też ma padać. Pelerynę już wyciągnąłem z dna plecaka, tak na wypadek, gdyby miało „lać”, a nie „siąpić”. Czy w takich warunkach uda się zrobić jakieś zdjęcie i cokolwiek nagrać? To się okaże.

01.08.2024 – GSB dzień 4. Z Cisnej do Komańczy
Tyle drzew, to ja nie widziałem nigdy, a przecież w lesie jestem co chwilę.
O 5 rano, zgodnie już z tradycją, przekroczyłem próg Bacówki pod Honem. Zerknąłem w kierunku horyzontu i momentalnie zrozumiałem – trzeba było jeszcze pospać. Że też akurat na wschodzie musiało być pochmurno?
Wszedłem więc do lasu, rozpoczynając kolejny etap mojej beskidzkiej wędrówki. Intensywne, ale krótkie podejście na Hon pozwoliło mi się nieco rozgrzać.
No i dalej cały ten opis mógłbym skwitować tym, że było dużo drzew. I to ile! Pasmo Wysokiego Działu to istna, karpacka puszcza. Punktów widokowych było może w czasie marszu ze trzy, w tym dwa naciągane. A może i wszystkie.
O dziwo jednak maszerowało się bardzo przyjemnie. Grzbiet był niekiedy wąski, stromo opadał z obu stron, a ścieżka wiła się wśród wysokich buków. Parę jodeł też by się znalazło. Pasmo to w dodatku było świadkiem burzliwej historii i takich śladów w czasie wędrówki można poszukać.
I… to w zasadzie już. Przewyższenia oczywiście były, ale rozkładały się jakoś tak równomiernie. Nie zdychałem w drodze do góry. Nie czyniłem tego również po drodze w dół. Na Hryszczatą wszedłem w mgnieniu oka, a etap do Jeziorek Duszatyńskich minął bardzo przyjemnie. W dodatku do tego momentu spotkałem na szlaku może z pięć osób, więc cały ten las dzieliłem jedynie z dzikimi stworzeniami. Leśna cisza, błogi cień, no i urokliwe jeziora – no milutko.
Droga z Duszatyna do Komańczy zasługuje jednak na osobny akapit. Kawałek ten wymęczył mnie asfaltem tak mocno, jakbym co najmniej z trzech okrążeń po Hryszczatej wracał. To straszne, jak szybko może zmienić się samopoczucie, kiedy z cichego lasu, wejdzie się na bitą, nużącą drogę. Na szczęście rozpadało się zgodnie zgodnie z prognozami, czyli jakieś 100 metrów przed moim miejscem noclegowym. Scena co najmniej jak z hollywoodzkiego filmu.
Dzisiaj pokonałem jakieś 31 km i pewnie koło 1100-1200 metrów do góry. Tyle przynajmniej pokazuje mapa, bo mój zegarek dzisiaj akurat zwariował.
Jutro dzień sądu nad stopami. Prawie 40 kilometrów i sporo asfaltu. Niech mi plecak lekkim będzie.
Mapa ze śledzeniem ma awarię. Może jutro uda się to naprawić.
31.07.2024 – GSB dzień 3. Ze Smereka do Cisnej
Tradycji musiało stać się za dość. Najpierw więc wstałem po czwartej, potem wypilem kawę, a następnie tuż przed wschodem zameldowałem się na szlaku.
Poranek był naprawdę bardzo ładny, a delikatne mgły w dolinach tylko to podkreślały. Początkowy fragment szlaku prowadził otwartym terenem, więc trochę nacieszyłem tam oczy.
Ścieżka w końcu jednak zawinęła do lasu i rozpoczęło się długie i mozolne podejście na Fereczatą. Ze Smereka to prawie 500 metrów w pionie. Skłamałbym jednak, gdybym powiedział, że mi się tam nie podobało. Las tuż o poranku to zupełnie inny las, niż taki znany z popołudniowych spacerów. Las bieszczadzki to już w ogóle bije inne lasy na głowę. Nawet Las Vegas.
W błotku widziałem ślady pazurów, ale czy wiejski Azor zapędziłby się aż tak daleko? No nie wiem. Fereczata pozwoliła mi już pooglądać trochę świata, głównie w kierunku pasma granicznego. Tu zaczęło się też pierwsze tego dnia, delikatne zejście. Wszystko po to, by po chwili znów przyatakować Okrąglik. Atakowałem skutecznie.
Patronem tego dnia była wierzbówka kiprzyca. To te różowo – fioletowe kwiaty, szerzej znane z Tatr. W Beskidach też jednak występują, a na odcinku granicznym było jej naprawdę sporo.
Na Jaśle zrobiłem sobie przerwę, a potem jeszcze jedną na Małym Jaśle. Mniejszą, żeby nawiązać do nazw szczytów.
Odkryłem też tego dnia coś zupełnie absurdalnie śmiesznego. Bolą mnie ramiona, ale wcale nie od ciężkiego plecaka. To wina… nagrywania. Kiedy prostuje i podnoszę ręce, to „ciągnę” ramionami szelki plecaka w górę, a te stawiają opór. Jak ćwiczenia z taśmami. Po powrocie i takim treningu, ramiona będę miał jak pływacy.
W Cisnej zrobiłem zakupy, jakby świat miał się skończyć. Gdy tylko wyszedłem ze sklepu dopadła mnie myśl, że może jednak za dużo. Że może jednak zostawić trochę innym.
– Nie zeżresz tego w tydzień i będziesz musiał nieść! – mówił głos w mojej głowie.
Szybko go uciszyłem, bo przecież chwilę wcześniej byłem na poczcie. Odesłałem statyw, więc w plecaku zrobiło się więcej miejsca.
Na koniec jeszcze pokonałem krótki odcinek do Bacówki pod Honem.
Koniec sielanki, chciałoby się podsumować ten dzień. Od jutra dłuższe chodzenie, takie z trójką, a później może i czwórka z przodu, jak pobłądze. Obym więc nie błądził, bo szkoda nóg. Jutro ostatni dzień w Bieszczadach. Prognozy nie są złe, ale zaczyna straszyć deszczem. Cóż, najwyżej ja będę straszył w pelerynie.
30.07.2024 – GSB dzień 2. Z Ustrzyk Górnych do Smereka
O piątej byłem już na szlaku. Lubię wychodzić wcześnie, bo chłodniej, spokojniej, no i zawsze jest jakaś szansa na ładny wschód słońca. Co prawda ryzyko spotkania niedźwiedzia większe, ale jak się dyszy na podejściu wystarczająco głośno, to żadne zwierzę się nie zainteresuje.
Na dzień dobry ruszyłem w kierunku Połoniny Caryńskiej. Podchodziło się bardzo przyjemnie, zwłaszcza że gdzieś między drzewami zaczynały wpadać pierwsze promienie słońca.
Ponad granicą lasu Bieszczady znowu mnie oczarowały widokami. Za plecami miałem Tarnicę i Szeroki Wierch, więc mogłem zerknąć, gdzie wczoraj byłem. Wgramolenie się na połoninę to jednak dopiero rozgrzewka. Do Kruhlego Wierchu, czyli najwyższego szczytu Połoniny Carynskiej, pozostaje z tego miejsca jeszcze pewnie godzina.
Szlak jest jednak piękny, teren raczej łagodnie pnie się wyżej, no i wszystko to sprawia, że czas mija na tym odcinku momentalnie. Wiało za to koszmarnie i nie wyobrażacie sobie nawet, jak długo biłem się z myślami:
– Zakładać kurtkę, bo wieje lodowaty wiatr, czy nie zakładać, bo wyszło słońce i będzie zaraz ciepło?
Ani nie było ciepło, ani jej nie założyłem. Ot, logika.
Z Połoniny Caryńskiej ruszyłem ku Brzegom Górnym, radośnie tracąc całą wysokość, którą z trudem do tej pory zdobywałem. Uzupełniłem po drodze jeszcze wodę, korzystając z płynącego strumyka i po chwili stałem już pod zboczami Połoniny Wetlińskiej. I co? Kolejne 480 metrów ostro do góry.
Pod schronem klasycznie, czyli dosyć tłumnie. Mam jednak wrażenie, że jak na tak piękną pogodę, to wcale nie było na szlakach zbyt wielu osób.
Od Hasiakowej Skały rozpoczyna się piękny, widokowy spacer. Najpierw na Osadzki Wierch, a potem wreszcie na Smerek. Tam na mojej twarzy pojawia się grymas, który można wziąć niekiedy za uśmiech. Wszystkie, większe podejścia już za mną! Ze Smereka schodzę więc do… Smereka. Taką samą nazwę ma wieś, która obieram na cel. Szlak niknie w lesie i trudno się tam doszukiwać głębszych doznań, ale idzie się sprawnie. Sprawnie też wlewam w siebie popołudniową kawę.
Dzisiaj 27 km i 1500 metrów w pionie. Zwłaszcza ta druga wartość mnie zaciekawiła. Pewnie tylko kilka dni na GSB tę wartość jakoś znacząco przekroczy.
Morale wspaniałe, kawa już wypita, mięśnie działają, a stopy… są. I oby były jak najdłużej.
29.07.2024 – GSB dzień 1. Z Wołosatego do Ustrzyk Górnych
Kto wyruszył o trzeciej nad ranem z domu, żeby już przed szóstą postawić swoje pierwsze kroki na Głównym Szlaku Beskidzkim? A no ja!
Gorąco wierzę w to, że każde pasmo górskie ma swoją Chochołowską. W przypadku Bieszczadów niewątpliwie jest to odcinek na Przełęcz Bukowską. Wiecie jednak co? Szło się bardzo przyjemnie. Niskie, poranne słońce i kompletna cisza. Jak widać nie wszyscy mają rodzeństwo, które ich podrzuci na szlak o nieludzkiej godzinie. Tak, mój brat musiał wstać o 2:30, żeby zawieźć mnie do Wołosatego. Dzięki raz jeszcze!
Od Przełęczy Bukowskiej zaczęły dziać się już cuda. Najpierw te widokowe, bo podejście na Rozsypaniec należy chyba do najciekawszych i najładniejszych w naszych Bieszczadach. To właśnie tam mogłem się również poklepać po plecach za spakowanie lekkiego plecaka. Bez trudu gramoliłem się wyżej. Kolejne cuda zdarzyły się po czterech godzinach od startu, gdzieś za Haliczem. To właśnie tam pomyślałem, że może niepotrzebnie jednak brałem ten statyw. Po czterech godzinach!
Ujęcia są piękne, ale wszystko to zabiera masę czasu. Przy krótkich odcinkach, jak dzisiaj, nie jest to problem. Ale początkowe, „rozgrzewkowe” dni w Bieszczadach to tylko wstęp do przygody i taka sielanka nie musi trwać wiecznie.
W Sudetach, w czasie GSS 2.0 odesłałem go czwartego dnia. Ile wytrzymam tym razem?
Dopiero po kilku godzinach zacząłem spotykać turystów idących z przeciwnej strony. Jak na tak pogodny, wakacyjny dzień, było w zasadzie pusto. Dopiero pod szczytem Tarnicy zrobiło się nieco bardziej tłoczno. Pozdrawiam wszystkich, z którymi zamieniłem tam kilka słów!
Co ciekawe, GSB nie prowadzi na wierzchołek najwyższej góry po polskiej stronie Bieszczadów. Czerwone oznaczenia zawijają z przełęczy bezpośrednio w kierunku Szerokiego Wierchu. Głupio by mi jednak było przejść obok Tarnicy i nie wejść na szczyt. Na wyższą górę w czasie tego przejścia, będę musiał poczekać jakieś 370 kilometrów! Tak daleko, bo aż w Beskidzie Żywieckim, skrywa się Polica.
Marsz przez Szeroki Wierch do Ustrzyk to czysta przyjemność. Kilka bardziej stromych etapów, ale raczej bez przygód. To właśnie ta miejscowość jest metą mojego pierwszego dnia na GSB.
Wnioski? Wszystko super, ale ze stopami mogłoby być ciut lepiej. Nie dziwię się, bo w tym roku nie chodziłem na jakieś długie wycieczki. Mam jednak nadzieję, że mój plan, czyli spokojny start wędrówki, dobrze im zrobi. W końcu Główny Szlak Beskidzki to bardziej maraton, niż sprint, a ja idę czysto turystycznie. Tego mi obecnie trzeba. Jutro znów piękny odcinek!
27.07.2024 – Komu w drogę, temu garb
Sprawdziłem prognozy. Cały najbliższy tydzień ma być przyjemny. Pogodnie, ale nie za gorąco. To świetna szansa, żeby w czasie tych pierwszych, krótszych odcinków, zakomunikować płucom, że lenistwo się skończyło. Nie ma więc na co czekać. Zarezerwowałem pierwsze noclegi, co tak łatwe znowu nie było. Zdecydowałem się natomiast na start z Wołosatego. Czy to dobra decyzja? Czas pokaże. W końcu idę tam po przygodę!
24.07.2024 – Mam już chyba wszystko
Mam już chyba wszystko. Formy już nie poprawię. Czekam jedynie na zielone światło od Matki Natury i… od samego siebie. Muszę wyrobić się przed 7. września, bo wtedy czekają mnie kolejne, kursowe wykłady. W zasadzie nie muszę na nich być. Uważam nawet, że przełom sierpnia i września to najlepszy okres na przejście GSB.
Sęk w tym, że na kursie za 100% frekwencji na wykładach i wyjazdach, przewidziana jest bardzo ważna nagroda – możliwość dodatkowej poprawki na egzaminie wewnętrznym. Nie czuję się chyba tak pewny, by z tej szansy zrezygnować, skoro tak mocno o tę frekwencję do tej pory dbałem. Wyłazi ze mnie teraz trochę kujon. Pewne jest tylko, że w sierpniu na pewno będę już na szlaku. Na pewno też tutaj to zauważycie.

23.07.2024 – W którą stronę iść?
Główny Szlak Beskidzki mierzy mniej więcej 500 kilometrów. Graniczne kropki tego szlaku to Ustroń na zachodzie i Wołosate na wschodzie. Czy jest jakaś różnica, w którym z tych punktów rozpocznę wędrówkę? Okazuje się, że tak. Gdyby jej nie było, chyba nie zastanawiałbym się nad tym tak mocno.
Start z Ustronia wydawał mi się oczywisty. Zachodnia część naszych Beskidów jest mocniej zagospodarowana, więc łatwiej planować dzienne przejścia. Mógłbym skrócić jakiś odcinek, gdyby z formą było jeszcze gorzej niż mi się wydaje, albo wydłużyć… gdyby jakimś sobie tylko znanym sposobem moje stopy stwierdziły, że przeżywają drugą młodość.
Ostatnie dni w Bieszczadach byłyby też swoistą wisienką na torcie. Jak ciepły żurek w schronisku w listopadowy dzień. Jak bus, czekający w Kuźnicach po powrocie z Gąsienicowej. Piękne, widokowe połoniny jako nagroda za cały ten trud. No i mieszkam na Podkarpaciu, więc niejako byłby to powrót do domu.
Tyle że tę wschodnią część nieco trudniej mi podzielić na odcinki. Jeśli chce nocować pod dachem, to w tych stronach, nie mam zbyt dużej swobody. Muszę mieć też dostęp do prądu, bo nagrywanie pożera go momentalnie.
Czasami trzeba będzie więc zrobić określony, konkretny odcinek, bo innego wymyślić się po prostu nie da. Może właśnie ten fakt wykorzystać na to, by wejść w rytm długodystansowego marszu? Może te gorzej zagospodarowaną cześć naszych Beskidów przejść na początku, kiedy sił jeszcze sporo? Tyle pytań!
22.07.2024 – Wszystko waży, a waży zazwyczaj za dużo
Co wspólnego ma waga kuchenna z górską przygodą? Okazuje się, że sporo, bo przynajmniej w teorii ogranicza użalanie się nad stanem swoich kolan w czasie marszu. Im mniej na plecach, tym niby wygodniej, ale też tylko do pewnej granicy. Jakoś na tym szlaku trzeba przecież żyć.
Wyrzuciłem więc z szaf wszystko, co mogłoby mi się na Głównym Szlaku Beskidzkim przydać, utworzyłem tabelkę w Excelu i zacząłem ważyć.
3400 gramów ekwipunku na przejście najdłuższego, górskiego szlaku turystycznego w Polsce. Tyle powinno wystarczyć, bym w czasie wakacyjnych miesięcy mógł cieszyć się marszem, mając jednocześnie pod ręką wszystko, co niezbędne. Uwzględniam oczywiście, że nocował będę w schroniskach i agroturystykach.
Drobny problem pojawia się jednak w momencie, w którym na wadze ląduje sprzęt fotograficzny. Fajnie byłoby stworzyć jakieś filmy z przejścia, a wszystko, co temu służy, niestety swoje waży. Do tego baterie, powerbanki, ładowarki, a może i statyw? Nagrywanie zabiera masę czasu, ale ostatnie ujęcia w Tatrach chyba podobały się nie tylko mnie. Kłopot w tym, że wydłuża to czas przejścia o dobre 20-30% w stosunku do wartości podanych na mapach.
Ostatecznie zdecyduje się chyba zabrać nieco okrojony zestaw – dodatkowe 1870 gramów. Filmowy materiał jest fajny, ale tylko wtedy, kiedy pozwala jednocześnie cieszyć się szlakiem. Kiedy mogę wędrówkę spokojnie przeżywać.
Na starcie moja waga bazowa powinna się więc zakręcić koło 5,3 kg. To ponad 1,5 kg mniej, niż w czasie mojego przejścia GSS 2.0 Przy okazji podrzucam wam całą PLAYLISTĘ z filmami.
Woda i przekąski to pewnie kolejne trzy kilo, w zależności od dziennych odcinków. Tutaj też będę miał lżej, bo wreszcie zainwestowałem w filtr do uzdatniania wody. Zamiast wychodzić na szlak, obładowany wodą jak osioł, będę ją po prostu w razie potrzeby uzupełniał po drodze. Niby więc wszystko waży mało, ale ciągle za dużo. Plecak zawsze waży zbyt dużo.
O tym co zabrałem, a przede wszystkim, czy ten mój plan nie był zbyt głupi, opowiem wam po powrocie. Będę wtedy, mam nadzieję, mądrzejszy o kilka wniosków.
21.07.2024 – Główny Szlak Beskidzki, czyli wiem, że nic nie wiem
Chciałbym napisać, że przygotowania do przejścia Głównego Szlaku Beskidzkiego trwają w najlepsze, ale już w pierwszym zdaniu musiałbym skłamać. Chaos, chaos niczym w Chochołowskiej w kwietniu.
Wiem gdzie idę i co będę mijał. W końcu niektóre miejsca na szlaku odwiedziłem już wcześniej. Przyswoiłem sobie mapę, informacje o bazie noclegowej, mijanych miejscowościach, czy sklepach. Godzinami rozmyślałem co zabrać, dlaczego akurat to, no i czemu to wszystko tyle waży.
Mimo to ciągle mi się wydaje, że nic nie wiem. Jak podzielić trasę? Na jaki dzienny dystans mnie stać i gdzie leży ta granica, nim padnę gdzieś pod płotem, niczym zdeptany wiosną krokus? Jak szybko będę w stanie iść, nagrywając każdego kwiatka po drodze?
Nie przeszedłem w tym roku żadnej dłuższej trasy i stąd chyba moje obawy. Winna jest więc forma. Jeśli bowiem jakaś jest, to przypomina raczej tę do wypieku ciast czy tortów i jest względnie okrągła. Chociaż u mnie na Podkarpaciu piecze się bardziej „placki”, niż „ciasta”.
Kurs przewodnicki pochłania mnie w całości. Dopiero co wróciłem ze Studenckiej Bazy Namiotowej SKPB Rzeszów w Wisłoczku, gdzie pełniłem rolę… bazowego. To taki opiekun całego przybytku, który pilnuje, by turyści znaleźli miła przystań w czasie swoich wędrówek. Miesiąc temu popsułem sobie z kolei na jednym z wyjazdów kostkę. Niby nie doszło do skręcenia, ale „niesmak pozostał” i nie mogę jeszcze tak żwawo machać nogami, jakbym sobie tego życzył. Liczę jednak na to, że gdy tylko znajdę się na szlaku, wszelkie rozterki miną. Zawsze tak jest. W górach jakoś łatwiej uciszyć ten głos z tyłu głowy.
Czy mogę pisać do Ciebie maile?
To bardziej wiadomości od górskiego znajomego. Poinformuję Cię o nowych wpisach i filmach, żeby nie zdarzyło Ci się niczego przegapić.

17.10.2025 – Małe kontuzje, małe sukcesy

































Mateusz podkarpackie coś. Tam najładniej!
Wspaniały szlak i niezwykle ciekawe filmy, ujęcia kadru i podkład muzyczny. Mam nadzieję, że znajdziesz Mateusz czas na kilka wypraw w tym roku, bo relacje są bardzo ciekawe. Mają swój klimat. Gratuluję przejścia GSB i życzę zdania wszystkich egzaminów. Pozdrawiam:)
Mam bardzo ciekawą i inspirującą propozycję wypadu w góry – Chochołowska HA HA HA HA
Na poważnie: chętnie obejrzę każdą relację, nawet z tych samych szlaków, gdyż nigdy nie wyglądają tak samo.
Powodzenia na egzaminach!!!
Super trasa. Super przygoda. Super życie. Pozdrawiam i czekam na kolejne wpisy.
Cześć Mateusz.
Serdeczne gratulacje i słowa podziwu.
Pozdrawiam,
Marian
Bardzo dziękuję!
Wielkie gratulacje!
Dzięki Kuba!
O wow, jakie tempo na koniec 🙂 Gratuluję przejścia całości w tak krótkim czasie! Stopy żyją?
Dzięki! No właśnie całkiem dobrze się zaadaptowały do dystansu, więc w drugiej części przejścia już nie za bardzo musiałem się nimi przejmować. Super się szło, zwłaszcza że pogoda dopisywała.
Gratulacje 👍
Brawo Ty 🙂
Dzięki!
Gratulacje 👍🏆🥳
Dziękuję!
Trzymam kciuki żebyś dziś dotarł do celu 🙂
Nie sądziłem, że dotrzesz już dziś do Hali Miziowej. Chyba bardzo chcesz być w domu przed długim weekendem. Co, jakiś wyjazd w góry się szykuje? 😀 😉
Szkoda, że nie dane było Ci zobaczyć Tatr przez te ostatnie dni. Ale przynajmniej nie pada, co nie? 😉
Niestety raczej chodzi o czas. Jeszcze w trakcie marszu dostałem ważny telefon, że muszę być u siebie szybciej, niż zakładałem. Trudno jak widać się wyrwać od obowiązków na te dwa tygodnie :p
Zgadza się natomiast, że najważniejsza jest pogoda. Tatry z tych miejsc widziałem już nie raz. Oczywiście szkoda, że tym razem się nie uda, ale dopóki nie pada to maszeruje się świetnie 🙂
Oh, jak trzeba to trzeba 🙂
Powodzenia na ten ostatni dzień 🙂
Jaki plan na jutrzejszy nocleg? Do schroniska pod Turbaczem prawie 40 kilometrów! A na Lubań jakoś za blisko…
Sam bardzo bym chciał przejść odcinek GSB od Rabki do Krościenka, ale problemem jest dla mnie właśnie brak miejscówki do spania mniej więcej w połowie trasy xD
Fajne warunki pogodowe zapowiadają Ci się od piątku, idealne na najlepsze fragmenty szlaku. To chyba nagroda za te deszczowe dni na początku 🙂
Studzionki! Właśnie tak kalkulowalem ten Turbacz i uznałem, że bez sensu. Raz że pogoda dzisiaj bez szału, a dwa, że przed Żywieckim muszę dać trochę stopom odpocząć :p Na Przełęczy Knurowskiej też są jakieś noclegi. Wtedy ten odcinek można bardzo ładnie podzielić.
Liczę na ładną pogodę właśnie na końcówkę 😀
Cześć Mateusz
Życzę Ci aby ból nogi przeszedł oby to nie było nic poważnego.
Trzy tygodnie temu wróciłam z górskiego urlopu i już tęsknie za górkami.
Powodzenia trzymam kciuki i niech kawki Ci nie zabraknie.🙂
Dzięki! Niestety kawy już zabrakło, ale jutro mijam sklep 😀 Będzie dobrze, chyba to jakiś chwilowy ból. Długi odcinek, błoto i coś tam delikatnie pewnie naciągnąlem.
To dobrze że jest dobrze.
Bardzo fajnie czyta się Twoje relacje. 🙂
Cześć
Pięknie wpadają Ci te kolejne kilometry. Nie mogę się doczekać relacji 🙂
Oby z tym udem to nie było nic poważnego. Trzymam dalej kciuki 🙂
Dzięki! Lekki plecak to jednak zbawienie, można bez większych problemów maszerować. Najważniejsza chyba będzie pogoda. Raz, że miło się idzie, a dwa, że w deszczu trudno się nagrywa :p Dzięki raz jeszcze i pozdrawiam!
Jak już wspomniałem wcześniej jutro po południu przyjedziemy do Krempnej na tygodniowy pobyt. Jedną z naszych zaplanowanych tras jest pętla Krempna – Przełęcz Hałbowska – Kamień – Krempna. W tej sytuacji wybierzemy się na nią w niedzielę 04.08. i może uda się nam spotkać Ciebie na Przełęczy Hałbowskiej. Byłoby nam miło chociaż przez chwilę porozmawiać z autorem filmów na YouTube, które z przyjemnością i zaciekawieniem oglądamy.
Pozdrawiam,
Marian
Jesteśmy już w Krempnej. Zważywszy na fakt, że śniadanie mamy o 9.00, to wygląda na to, że jutro na Przełęczy Hałbowskiej możemy być około 12.00. Tobie do Przełęczy brakuje 16 km, więc jeżeli wyruszysz na szlak o 5.00, to na Przełęczy będziesz pewnie około 8.00. Chyba, że aktualna jest Twoja wcześniejsza informacja: „Pewnie po południu jakoś:)”. Proszę więc o aktualną informację.
Hej! Coś źle rzeczywiście policzyłem, ale do przełęczy z noclegu mam około 5 godzin, więc koło 9:30 powinienem tam być. Trudno mi trochę to określać z wyprzedzeniem, przepraszam, bo wszystko tak „w marszu robię”.
Niestety nie damy rady być o 9.30 na Przełęczy. Życzymy Tobie powodzenia w dalszej wędrówce i z pewnością będziemy śledzić Twoje zmagania.
Hej, trzymam mocno kciuki za bezbolesne i suche pokonanie szlaku 😉 Ja dokładnie miesiąc temu musiałam przerwać swoją przygodę z GSB z uwagi na kontuzję, 4 dni przed końcem :/ Więc z cichą zazdrością ale i niekłamaną przyjemnością będę śledzić Twoje przejście. Pozdrawiam!
PS. Zamiast tabelek w excelu gorąco polecam stronkę lighterpack.com do ogarniania ekwipunku, jest naprawdę świetna. I piszę to jako fanka wszechstronności excela ;]
Suchego już nie będzie, bezbolesne też się pewnie kończy :p Dzięki! Aj, co się stało? W którym kierunku szłaś?
Stronkę znam, dzięki, ale tak szybko się ogarniałem przed startem, że już padło na Excel.
Ścięgno w stopie ni z tego ni z owego odmówiło współpracy i to tak kategorycznie, że przez pierwszych kilka dni mogłam się poruszać jedynie o kulach 😅 Ale żeby nie straszyć niepotrzebnie – samo GSB w zasadzie nie zawiniło, okazało się, że mam wadę stopy, która prędzej czy później i tak dałaby o sobie znać 🙂 Szłam z Ustronia, udało mi się dotrzeć do Komańczy.
Mam nadzieję, że z Twoją nogą będzie już wszystko ok i śmigniesz tę drugą część szlaku bez takich niespodzianek 🙂 Pozdrawiam ciepło!
Cześć Mateusz.
Trzymam kciuki za powodzenie Twojej wyprawy. Życzę Tobie, aby zdrowie i kondycja nie opuszczały Cię przez cały czas trwania wędrówki. Napisz proszę, kiedy przewidujesz dotarcie do Magurskiego Parku Narodowego. Pytam o to, gdyż w dniach 3-10 sierpnia będę przebywał na urlopie w Krempnej.
Pozdrawiam serdecznie,
Marian
Dzięki piękne za taki komentarz 🙂 Jeśli wszystko pójdzie gładko, to mniej więcej 5-7 sierpnia. Dokładnie jeszcze trudno mi określić:(
Termin pokrywa się z naszym pobytem w Krempnej. Chętnie razem z żoną spotkalibyśmy się z Tobą chociaż na chwilę. Będziemy śledzić Twoją lokalizację na mapie. Powodzenia, i może do zobaczenia …
Cześć Mateusz.
Czy dzisiaj już możesz dokładniej określić, kiedy będziesz w okolicach Krempnej (Przełęcz Hałbowska)?
Pozdrawiam,
Marian
Hej! Pojutrze, czyli
04.08. Pewnie po południu jakoś:)
Cześć Mateusz,
Super, kibicuję Ci. To moje marzenie do spełnienia. Jestem ciekaw ile dni Ci to zajmie? Trochę się zgubiłem w tych opisach, kiedy dokładnie wyruszyłeś?
Pozdrawiam i czekam na relacje i fotki.
Adam
Dzięki! Trzymam w takim razie kciuki, żeby ci się udało 🙂 Wyruszyłem dzisiaj, czyli 29.07. Celuję w 17 lub 18 dni. Jak będzie 19, też nie będzie dramatu. Raczej chce przejąć czysto turystycznie, porobić trochę zdjęć,coś nagrać itd.
Cześć Mateusz – życzę powodzenia na trasie. 😀 Oglądając dziś inne relacje z gór znalazłam informację, że szlak czerwony na odcinku Przełęcz Krowiarki- Sokolica jest zamknięty do 15 września z powodu remontu. Czy to czasem nie pokrzyżuje ci przejścia??
Cześć, dzięki! Raczej nie, na moment remontów zazwyczaj są robione po prostu obejścia. Na Babiej co roku w zasadzie coś remontują :p