Ostatnie dni na Głównym Szlaku Beskidzkim okazały się wymagające
Pamiętacie, jak opowiadałem, że na Głównym Szlaku Beskidzkim każdy dzień jest inny? No cóż, piętnastego dnia ta zasada miała się tylko potwierdzić. Tym razem czekał mnie bardzo widokowy marsz przez Beskid Żywiecki, który stanowić miał w zasadzie tylko przygrywkę do tego, co czekało mnie dalej. W końcu miałem zawitać w Beskid Śląski – ostatnie już pasmo na drodze do mety w Ustroniu. Plany jednak swoje, a życie swoje.

Dzień rozpocząłem widokiem, który chyba nigdy mi się nie znudzi, czyli na majestatyczną Babią Górę. To najwyższa góra w naszych Beskidach, no i widok w tamtym kierunku robił szczególne wrażenie. W końcu jeszcze wczoraj miałem okazję stać na wierzchołku.

W takim cichym poranku zawsze jest jakaś magia. Stałem więc przed schroniskiem PTTK na Hali Miziowej, niczym zauroczony. Czułem, że to będzie dobry dzień, chociaż wiedziałem też, że nie będzie relaksującym spacerem.
Zobacz film z piętnastego dnia na Głównym Szlaku Beskidzkim
Ruszyłem, gdy otoczenie spowijał jeszcze mrok. Szlak prowadził mnie w cichy, śpiący jeszcze las, a po chwili minąłem Halę Cebulową. No i pewnie niektórzy pomyślą, że nazwa wzięła się od naszego narodowego warzywa. Otóż wcale tak nie jest! Na hali rośnie za to ciekawa roślina i jest to czosnek syberyjski. Miejscowa ludność nazywała go po prostu „cebulą” i tak już zostało.

Nieco później dotarłem na bardzo ładną Halę Cudzichową. Spojrzałem na zegarek i postanowiłem zrobić krótka przerwę. Dosłownie za kilka minut miało wschodzić słońce. No i takiego spektaklu staram się w górach nie przegapić, więc nim ponownie zniknąłem w gęstym lesie, nasyciłem nieco oczy ładnymi widokami.

Pierwszym ważniejszym celem na mapie mojego dzisiejszego etapu była Hala Rysianka. Szlak, który prowadził w jej kierunku był całkiem przyjemny i sam nie wiem, kiedy minęły te dwie godziny drogi. Kawałek za Halą Cudzichową było jedno większe podejście, a potem kolejne już w kierunku samej Rysianki. Poza tym był to raczej relaksujący spacer. Może z wyłączeniem krótkiego, bardzo podmokłego odcinka, który wymuszał lawirowanie pomiędzy wielkimi kałużami.

W drodze na Halę Rysiankę
Już w drodze zaczęły pojawiać się pierwsze prześwity i gdzieś tam między drzewami zaczynały przebijać Tatry. Czy będą dobrze widoczne? Żeby się przekonać, wystarczyło już tylko dotrzeć na Halę Rysiankę. Jeśli kiedykolwiek będziecie w Beskidzie Żywieckim, to jest to jedno z najbardziej urokliwych miejsc, które możecie tu odwiedzić.

Szlaki dojściowe też nie należą do przesadnie długich, więc szczerze polecam. Rysianka, której nazwa, jak nietrudno się domyślić, pochodzi od rysia, słynie z jednej z piękniejszych panoram w tych stronach. To ogromna, otwarta przestrzeń, z której przy dobrej pogodzie roztacza się widok na Babią Górę, Pilsko, a przede wszystkim na majestatyczny łańcuch Tatr.

I właśnie na te Tatry liczyłem. Przez poprzednie pięć dni chowały się, jak na złość, za chmurami. To była moja szósta i prawdopodobnie jedna z ostatnich szans na ich zobaczenie. Szlak tego dnia prowadził mnie już w stronę Beskidu Śląskiego, a stamtąd Tatry są już na tyle daleko, że bez okularów i dobrej przejrzystości powietrza, mógłbym je sobie co najwyżej wyobrazić.

Tego dnia panowała niestety duża wilgotność i przejrzystość powietrza nie była najlepsza. Tatry utknęły więc gdzieś w zamgleniu. Mimo tego, otoczenie było i tak bardzo ładne. Na hali jest sporo ławek, na których można usiąść i podziwiać krajobrazy. Przede wszystkim jest tam także schronisko PTTK, więc to dobre miejsce, by np. w czasie przejścia szlaku zrobić sobie tutaj postój. Nie zatrzymywałem się jednak na dłużej, bo było dopiero jakoś po siódmej. Ruszyłem teraz w dół, mając przed sobą okazałe zbocza Romanki.

Trawers Romanki i jedyny łańcuch na Głównym Szlaku Beskidzkim
Chwilę później szlak wyprowadził mnie na kolejną perełkę, czyli Halę Pawlusią. Stąd, dla odmiany, doskonale widać było panoramę w kierunku zachodnim. Na horyzoncie malowały się przede wszystkim dwa charakterystyczne szczyty Beskidu Śląskiego, czyli Skrzyczne (najwyższy szczyt tego pasma) oraz Barania Góra. Za kilka godzin miałem stać na drugim z tych wierzchołków, bo to przez niego przechodzi GSB. Panorama ta nie tylko cieszyła oczy. Zapowiadała przede wszystkim to, że pora pożegnać się z Beskidem Żywieckim i przywitać ostatnie pasmo na trasie marszu.

Szlak niedługo potem zawinął do lasu. Nie prowadzi on na szczyt Romanki, ale trawersuje jej zbocza. Ścieżka się obniża, idzie się przyjemnie, ale niekiedy dróżka staje się wąska. W drodze do Węgierskiej Górki spodziewałem się po drodze jeszcze kilku ciekawych miejsc, no i nie rozczarowałem się.

Ten leśny odcinek przyniósł pewną beskidzką osobliwość – jedyny łańcuch na całym Głównym Szlaku Beskidzkim! Pomijając ten konkretny szlak, w Beskidach podobne ułatwienia można znaleźć jedynie na Babiej Górze, na Perci Akademików. Wspomniany łańcuch zamontowany tutaj jest chyba przede wszystkim „ku pokrzepieniu serc”, bo miejsce nie jest trudne, ale rzeczywiście może się okazać przydatny, kiedy jest ślisko.

Las w pewnym momencie mocno się przerzedził, co pozwoliło na ponowne podziwianie widoków. Maszerowałem przez Halę Wieprzską, która może nie była tak widokowa, jak położona wyżej Hala Pawlusia, ale i tutaj można było sporo zobaczyć. No i szczerze wam powiem, że dosyć relaksujący to był odcinek, a po chwili to już w ogóle maszerowało się świetnie. Cały czas delikatnie w dół, do tego widokowe polany, piękna pogoda i jakiś taki sielski klimat.

Kierunek Węgierska Górka
W takim sposób dotarłem do Stacji Turystycznej Słowianka, położonej w bardzo urokliwym otoczeniu. To kolejne miejsce, które można wybrać na nocleg w czasie wędrówki Głównym Szlakiem Beskidzkim. Swoją drogą, to nie brakuje na tym odcinku takich miejsc, bo kawałek dalej znajduje się Abrahamów, gdzie też można liczyć na nocleg. Jest tam też tablica, która szczególnie mnie zaciekawiła. Do mety w Ustroniu pozostało z tego miejsca już tylko 61 kilometrów.

Ten odcinek szlaku również mi się podobał, chociaż trudno mi nawet określić dlaczego. Chyba chodzi o taką ciekawą mieszankę. Trochę gór, nieco lasu, do tego klimat wsi. Łąki, pola i wygodna, szeroka droga. Naprawdę miło pokonywało się tutaj kilometry i nawet przymykałem oko na to, że niekiedy zejście było karkołomne, po bardzo niewygodnych kamieniach. A może to po prostu bliskość Węgierskiej Górki i myśl o ewentualnych zakupach tak pokrzepiająco na mnie działała?

W drodze do Węgierskiej Górki przybyło asfaltu. Zauważyłem też, że tuż przy szlaku, na niewielkim wzniesieniu, znajduje się ciekawy fort obronny – Wyrwidąb. To jeden z elementów większego systemu fortyfikacji, wzniesionego w dolinie Soły przed wybuchem II wojny światowej. Spodziewano się, że niemiecka inwazja w 1939 roku nastąpi właśnie tutaj. Takich umocnień miało powstać szesnaście, ostatecznie wybudowano pięć, z czego cztery nadawały się do prowadzenia działań obronnych.
Po krótkim zwiedzaniu, bo można zaglądnąć do środka, ruszyłem już w kierunku zabudowań Węgierskiej Górki. To właśnie ta miejscowość miała być pierwotnie metą tego etapu. Nie brakuje tu sklepów, pensjonatów, czy agroturystyk. Idealne miejsce, by w czasie przejścia GSB się zatrzymać. Plan, który układałem sobie jeszcze w domu zakładał więc krótki, regeneracyjny etap, a następnie dwa spokojne dni na przejście Beskidu Śląskiego. Niestety, życie i praca zweryfikowały te plany.

Przejście GSB to około 500 kilometrów marszu i kilkanaście dni w trasie. Trzeba zagospodarować dużo urlopu i czasu wolnego, no i nie zawsze wszystko da się dokładnie przewidzieć. Okazało się w trakcie marszu, że w domu muszę być z powrotem wcześniej, niż to pierwotnie zakładałem. Konkretnie mówiąc, kolejnego wieczoru. Z Węgierskiej Górki do mety w Ustroniu pozostały 53 kilometry. No i pewnie byłbym w stanie się z tym odcinkiem uporać następnego dnia, ale raczej nie zdążyłbym na jakikolwiek pociąg lub autobus.
Znalazłem się więc trochę na rozdrożu, no bo co tu robić? Przerwać marsz taki kawałek przed metą? Trochę bez sensu. Jedyne rozsądne rozwiązanie okazało się być dosyć proste. Postanowiłem iść dzisiaj tak długo, jak będzie to możliwe, żeby kolejnego dnia mieć po prostu mniej do przejścia. Zrobiłem więc zakupy i z wyładowanym plecakiem ruszyłem w kierunku kolejnych wyzwań.

Wymagający marsz na Baranią Górę
Z Węgierskiej Górki, czyli z dna doliny, musiałem się wdrapać blisko 1000 metrów wyżej, na Baranią Górę. Podejście nie było może jakoś przesadnie złe, ale miałem już trochę kilometrów w nogach. Nie powiem więc, że skakałem tam z radości. Długie, jednostajne, a odcinek w kierunku Cebuli, zdawał się nie mieć końca.

Grzało niemiłosiernie, a mnie powoli zaczynał opuszczać entuzjazm. Wtedy jednak ścieżka wyprowadziła mnie ponad granicę lasu. No i w tym momencie, na Hali Radziechowskiej, mogłem się dowiedzieć, co w praktyce oznacza powiedzenie „przeżywać drugą młodość”. Miejsce to jest tak ładne, że momentalnie poczułem przypływ nowych sił. Trawy przybierały już rdzawy, jesienny kolor, a przestrzeń i widoki były niezwykle ciekawe. No bo wyobraźcie sobie, że kiedy zerknąłem na wschód, zobaczyłem coś wyjątkowego.

Daleko, na horyzoncie, majaczył potężny masyw… Babiej Góry. Tej samej, którą podziwiałem o poranku, i na której wczoraj stałem. Teraz wydawała się być niewyobrażalnie daleko. W takich chwilach zawsze fascynuje mnie fakt, jak wielką moc ma niepozorny krok. W końcu taki kawał drogi przedreptałem na własnych nogach.
Zmieniło się też podłoże, zaczęły pojawiać się widoki, a przede wszystkim skończył się las. Przede wszystkim jednak wreszcie z bliska było widać Baranią Górę, gdzie zmierzałem. Zawsze jakoś tak przyjemniej się maszeruje, kiedy cel jest już w zasięgu wzroku. Ale pięknie było widać też Skrzyczne, czyli najwyższy szczyt Beskidu Śląskiego.

Tutaj też teren stał się bardziej łaskawy dla łydek. Nie było już tak stromo i maszerowało się dosyć sprawnie. Ciekawym punktem na szlaku był na pewno szczyt Magurki Radziechowskiej. Znajdował się tam duży kopiec usypany z kamieni. W okolicy wierzchołka jest też kilka skromnych wychodni skalnych, do których można podejść. Widać stamtąd oczywiście Skrzyczne, gdzieś dalej Beskid Mały, a przede wszystkim to, co mnie dzisiaj najbardziej interesowało – Baranią Górę. Kawałek dalej natomiast, natknąłem się na jeszcze jedną piękną wychodnię skalną. Może nie była tak imponująca ani tak znana jak słynna Malinowska Skała, ale naprawdę robiła wrażenie. Oczywiście musiałem się na nią wdrapać.

W drodze na Baranią Górę musiałem się uporać jeszcze z jednym podejście – na Magurkę Wiślańską. No i nie ma co zmyślać, oba te odcinki były dosyć męczące. Na tym etapie wędrówki jednak i przy żarze lejącym się z nieba, męczyło mnie już w zasadzie mruganie oczami. Te swoją drogą musiałem niekiedy przecierać koszulką, bo słony pot skutecznie ograniczał moje zdolności widzenia. No i w taki to sposób, w bardzo ładnych okolicznościach przyrody, zawędrowałem na Baranią Górę. Było to ostatnie podejście tego całego, długiego dnia.

Szczyt Baraniej Góry (1220 m n.p.m.) okazał się całkiem widokowy. Widać było oczywiście sylwetkę Babiej Góry, łańcuch Tatr (nadal nieco zamglony, ale widoczny) oraz sporo słowackich wierzchołków, jak chociażby charakterystyczny Wielki Chocz. Na wierzchołku wznosi się też skromna, ale nieco poprawiająca zasięg widzenia wieża widokowa. No i nie sposób pominąć faktu, że to na zboczach tej góry właśnie, źródła ma nasza najdłuższa rzeka, czyli Wisła.

Zabawiłem dłuższą chwilę na szczycie, ale w końcu uznałem, że skoro nacieszyłem oczy widokami, dobrze było nacieszyć pozostałą część ciała, najlepiej jakimś długim wypoczynkiem. Zacząłem więc schodzić ze szczytu. Przede mną było jeszcze kilka kilometrów, na szczęście prowadzących już w dół. Jakieś 40 minut marszu dalej znajduje się schronisko PTTK Przysłop na Baraniej Górze, ale nie zdecydowałem się w nim nocować.

Uznałem, że jeżeli ten mój plan ma się powieść i mam jutro dotrzeć do Ustronia, muszę dzisiaj ten dzień mocno wydłużyć. Znalazłem za to agroturystykę na Pietraszonce, zarezerwowałem miejsce, no i to tam właśnie zmierzałem. Kiedy rozmawiałem z właścicielką przez SMS, (bo zasięg był słaby) zapytała, czy chcę zamówić też kolację kolację. No i nie zdążyłem w zasadzie doczytać wiadomości do końca, odpisując zdecydowane „TAK”.

Miałem jeszcze mniej więcej godzinę dreptania przed sobą. Było bardzo ładnie, a fakt, że pokonałem już te najtrudniejsze podejścia, chyba dobrze zrobił mi na psychikę. Od razu swobodniej maszerowało mi się w dół. Nawet uśmiech wrócił na moją twar. Nie wiedziałem wtedy, na jak długo, ale trzymałem się myśli, że już do końca dnia.
Schodziło się momentami dosyć „dramatycznie”, jak to na stromych, kamienistych beskidzkich zejściach. Ale mój plan się powiódł. Doczłapałem na nocleg, a do mety pozostało mi mniej więcej 35 km, co dawało realną szansę na osiągnięcie czerwonej kropki w Ustroniu jutro.

To był długi i wymagający dzień, pełen pięknych widoków, zmęczenia i zmieniających się planów. Beskid Żywiecki pożegnał mnie mglistymi Tatrami, a Beskid Śląski przywitał jesiennymi halami i wymagającymi podejściami. Dotarłem do agroturystyki późnym popołudniem z poczuciem dobrze spędzonego dnia i z nadzieją na jutrzejszy, ostatni etap.
Trasa z: Schronisko PTTK Na Hali Miziowej | mapa-turystyczna.pl
Informacje praktyczne:
- Dystans: 42 km
- Suma podejść: 1680 m
- Czas przejścia: 13:20 h plus przerwy
- Do podanych przez mapę wartości, warto doliczać od 5-10% dystansu. To powinno uwzględnić dojście na nocleg, spacer do sklepu, czy kręcenie się w kółko po szczycie w poszukiwaniu kadru życia
- Na odcinku tym znajdują się schroniska. Pierwsze to oczywiście to, w którym nocowałem – na Hali Miziowej. Kolejne to schronisko PTTK na Rysiance. Nieco na zachód, jakieś 15 minut drogi, znajduje się schronisko PTTK na Hali Lipowskiej. Położone jest poza Głównym Szlakiem Beskidzkim, ale to raptem chwila marszu. Warto o nim pamiętać, jeśli w pozostałych miejsach nie udałoby się znaleźć noclegu. W drodze do Węgierskiej Górki znajdują się z kolei dwie stacje turystyczne – Słowianka, a nieco dalej Abrahamów. Tam też można liczyć na nocleg. Pod koniec etapu, 40 minut za szczytem Baraniej Góry, zlokalizowane jest schronisko PTTK Przysłop pod Baranią Górą.
- Wyłączając schroniska, możliwość uzupełnienia zapasów i znalezienia noclegu zapewnia Węgierska Górka.
Zapisz się do newslettera i bądź na bieżąco z nowymi wpisami
Przydatne? Dzięki za napiwek!
Postaw kawęDołącz do Patronów
Wspieraj na Patronite




