Wołowiec to jeden z najłatwiejszych technicznie dwutysięczników w Tatrach. Dla mnie był pierwszym w życiu.
Wołowiec ma 2064 m n.p.m. i leży na granicy polsko-słowackiej. Klasyczna trasa z Siwej Polany przez Grzesia i Rakoń to około 26 km, blisko 1300 metrów przewyższenia i 9–11 godzin marszu. Nie ma tu ani jednego łańcucha, ani jednego miejsca, w którym trzeba się zastanawiać, gdzie postawić nogę. Całą trudnością jest dystans, no i to on zaskakuje ludzi najczęściej. Mnie zaskoczył.
Ten wpis zaczął życie jako relacja z mojej pierwszej w życiu wizyty na tatrzańskim dwutysięczniku. Rozbudowałem go o wszystko, co potrzebne, żeby zaplanować własne wyjście: warianty podejścia, czasy, parking i opis panoramy. Opowieść została na dole, w niezmienionej formie. Zacznijmy od konkretów, bo te mogą zaboleć.
Wołowiec – najważniejsze informacje o trasie
- Wysokość: 2064 m n.p.m., na granicy polsko-słowackiej.
- Punkt startowy: parking na Siwej Polanie u wylotu Doliny Chochołowskiej.
- Długość pętli: około 26 km, wejście przez Grzesia i Rakoń, zejście Wyżnią Doliną Chochołowską.
- Przewyższenie: około 1300 metrów w pionie.
- Czas przejścia: 9–11 godzin samego marszu. Z przerwami i podziwianiem widoków realnie cały dzień.
- Trudności techniczne: brak. Żadnych łańcuchów, klamer ani ekspozycji. Ostatnie podejście na szczyt jest strome i kamieniste, a kamienie miejscami lubią usuwać się spod nóg.
- Wymagania: kondycja na całodzienny marsz. To trasa naprawdę długa i szczególnie w upale może dać popalić.
- Kolory szlaków: zielony do schroniska PTTK na Polanie Chochołowskiej, dalej żółty na Grzesia, następnie niebieski granią przez Rakoń na Wołowiec, zielony na zejściu przez Wyżnią Chochołowską.
- Parking i bilety:Parking na Siwej Polanie. Nie ma wymogu wcześniejszej rezerwacji, więc kto pierwszy ten lepszy. Bilet wstępu kupić można przy wejściu do doliny.
- Sezon: w zasadzie cały rok, ale najprzyjemniej jest od czerwca do października. Zimą trasa jest znacznie trudniejsza i wymaga już pewnego obycia.
- Rower: tak, i szczerze żałuję, że go wtedy nie wziąłem. Szczegóły niżej.

Którędy na Wołowiec? Cztery warianty i który wybrać
Z polskiej strony prowadzą na Wołowiec dwa szlaki i obydwa zaczynają się w Dolinie Chochołowskiej. Nie da się jej uniknąć, niestety. Różnią się jednak na tyle, że wybór między nimi decyduje o charakterze całego dnia, a nie tylko o liczbie pokonanych kilometrów.
Wariant 1: przez Grzesia i Rakoń
Najładniejsza droga i najczęściej wybierana. Z Siwej Polany rusz się doliną do schroniska na Polanie Chochołowskiej, stamtąd żółtym szlakiem lasem na Grzesia (1653 m), dalej niebieskim przez Długi Upłaz na Rakoń (1879 m) i granią na szczyt. Od schroniska warto liczyć około trzech godzin marszu. Wariant bardzo widokowy i przyjemny, bo z każdym kolejnym krokiem jest po prostu ładniej.
Cała zaleta polega na tym, że od momentu wyjścia ponad las idzie się otwartym terenem i widoki towarzyszą przez kilka kilometrów, a nie pojawiają się dopiero na szczycie. Wada? Właściwie żadna, poza tym, że to odrobinę dłuższa trasa. Uczciwie ostrzegam tylko, że z Grzesia Wołowiec wygląda, jakby był na wyciągnięcie ręki, a to dobre dwie godziny marszu.
Wariant 2: Wyżnią Doliną Chochołowską
Krótszy i nieco szybszy. Zielony szlak odchodzi tuż poniżej schroniska, prowadzi lasem wzdłuż potoku, potem kosodrzewiną, aż wyprowadza na grań pod samym szczytem. Z Polany Chochołowskiej to jakieś dwie i pół godziny.
Kłopot w tym, że przez większość drogi nie widać nic poza lasem. Widoki otwierają się dopiero na ostatnim odcinku. To moim zdaniem dobra droga zejściowa, ale raczej kiepski pomysł na podejście. No, chyba że w planach jest jakaś dłuższa trasa i ktoś chce zaoszczędzić czas na podejściu.
Wariant 3: pętla, czyli to, co polecam
Warto połączyć pierwszy wariant z drugim. W górę podejść przez Grzesia i Rakoń, w dół zielonym do Wyżniej Doliny Chochołowskiej i dalej do schroniska. Wchodzi się wtedy najpiękniejszą drogą, a schodzi najkrótszą, żeby jak najszybciej spałaszować szarlotkę w schronisku. No i nie ogląda się dwa razy tego samego. Tak właśnie szedłem przed laty, chociaż obecnie mocno bym się zastanawiał, czy po prostu nie wrócić przez Rakoń i Grzesia. To naprawdę bardzo ładny odcinek.
Wariant 4: od słowackiej strony, Doliną Rohacką
Trasa: parking pod Spaloną – Dolina Rohacka (szlak czerwony) – Przełęcz Zabrat (szlak zielony) – Wołowiec. Dystans: 7,5 km w jedną stronę. Przewyższenie: trochę ponad 1000 m. Czas: około 4 godzin w górę.
To najkrótsza droga na szczyt i jedyna, która pozwala ominąć Dolinę Chochołowską. Z parkingu pod Spaloną idziesz czerwonym szlakiem przez Dolinę Rohacką, a potem odbijasz wzdłuż zielonych oznaczeń na Przełęcz Zabrat. Do pokonania jest 7,5 km i trochę ponad 1000 metrów przewyższenia, a mapy sugerują, że panoramą z wierzchołka można się cieszyć już po około 4 godzinach.
Wstęp na szlaki po słowackiej stronie jest wolny, ale akcje ratunkowe są tam płatne, więc przypominam o wykupieniu ubezpieczenia. Głupio szukać kupca na nerkę, żeby spłacić rachunek za skręconą nogę. Jeśli na samą myśl o Chochołowskiej bolą cię stopy, wizyta u naszych południowych sąsiadów jest ciekawą alternatywą.
Jest jeszcze piąta możliwość, czyli dojście granią od strony Kończystego Wierchu. To jednak opcja dla kogoś, kto planuje dłuższe przejście w tej części Tatr Zachodnich, a nie samo wyjście na sam Wołowiec. Warto jednak mieć tę opcję z tyłu głowy, bo to też świetny pomysł na wycieczkę.

Dolina Chochołowska rowerem – czy warto?
Powiem wam szczerze, że jeśli kogoś nuży wizja pokonywania 7 kilometrów przez Dolinę Chochołowską, to może zainteresować się tematem pokonania jej… rowerem. Odcinek z Siwej Polany do schroniska na Polanie Chochołowskiej jest długi i mało zajmujący, a w dodatku to szeroka i równa droga. W pierwszą stronę spaceruje się jeszcze miło ale w drodze powrotnej, po ośmiu godzinach na nogach, dłuży się w sposób trudny do opisania. Pamiętam z tamtego dnia panoramę z Wołowca i pamiętam też powrót doliną. Nie jestem pewien, które wspomnienie jest silniejsze.
Rower skraca ten odcinek do kilkunastu minut w dół i jakichś czterdziestu w górę. Wypożyczalnie działają przy parkingu na Siwej Polanie, ale można też przywieźć własny rower. Dalej niż schronisko jechać jednak nie można.
W praktyce oznacza to około dwóch i pół godziny marszu mniej, za co z pewnością pod koniec dnia podziękują przede wszystkim stopy.

Tatry po raz pierwszy – jak wyglądało moje wejście na Wołowiec
Poniżej zostawiam relację z tamtego dnia w formie, w jakiej powstała. Byliśmy czwórką kompletnie zielonych ludzi, którzy wybrali Wołowiec głównie dlatego, że o 64 metry przebijał wymarzoną granicę dwóch tysięcy. Wróciliśmy do samochodu z bólem stóp i opalenizną w paski.
Kiedyś trzeba było w końcu ruszyć na tatrzańskie szlaki. Marzenia o tych górach narastały w nas im dłużej przemierzaliśmy beskidzkie ścieżki. “Kiedyś” nadarzyło się dosyć szybko. Naszą stałą dwuosobową “grupę”, postanowiło tymczasowo powiększyć kolejnych dwóch “zielonych” podróżników. Nie zostało nam więc już nic innego, jak spakować się i wybrać cel naszej wycieczki. Do wyboru zostawiliśmy sobie wyłącznie szczyty Tatr Zachodnich z racji naszego nikłego doświadczenia. Tak podpowiadał rozsądek. Wybór padł na Wołowiec, który o 64 metry przebijał naszą zachciankę na spacer powyżej 2000 metrów n.p.m. Po niecałych czterech godzinach jazdy mogliśmy powoli ruszać w głąb Doliny Chochołowskiej, gdzie zaczynał się nasz szlak. Wreszcie można było rozprostować kości.
Dolina Chochołowska. Przed nami długa droga.
Dolina Chochołowska i rowerki, które stały nieużywane
W planach na ten dzień mieliśmy wejście przez Grzesia i Rakoń na Wołowiec – chyba klasyk jeśli chodzi o szlaki w Tatrach. Już szczyt Grzesia (1653 m) miał być najwyższym punktem w jakim kiedykolwiek postawiłem stopy. Zanim jednak zaczniemy wychodzić na szczyty, trzeba przejść długi i płaski odcinek z Siwej Polany do schroniska na Polanie Chochołowskiej.
Kilka kilometrów marszu albo jazdy rowerem, bo za opłatą można fragment tej trasy przebyć na dwóch kółkach. My decydujemy się na spacer i spokojnym tempem zmierzamy w wyznaczonym kierunku. Z perspektywy czasu mogę z czystym sumieniem stwierdzić, że o ile marsz w pierwszą stronę był stosunkowo przyjemny, to w drodze powrotnej dłużył się niemiłosiernie. A rowerki stały nieużywane…
Dolina Chochołowska. Rzut okiem za siebie w stronę górującego Kominiarskiego Wierchu.
Podejście na Grzesia, pierwszy szczyt tego dnia
Wróćmy jednak do początku opowiadania. Z entuzjazmem pokonujemy kolejne fragmenty ścieżki, by po chwili znaleźć się przed tabliczką oznajmującą początek właściwego, żółtego szlaku na Grzesia. Rezygnujemy z przerwy i zaczynamy podejście, które nie jest specjalnie wymagające. Charakterem przypomina pewnie te spotykane w Beskidach. Mimo wszystko dosyć szybko nabieramy wysokości i po chwili między drzewami pojawiają się pierwsze widoki. Upał powoli zaczyna dawać się nam we znaki, dlatego też stosunkowo często przystajemy na chwilkę, by napić się wody.
Nasza grupa ma dobre tempo i już wkrótce będziemy na szczycie Grzesia.
Dla całej naszej czwórki taka wycieczka to nowość, dlatego też z niecierpliwością wypatrujemy szczytu. Las powoli ustępuje miejsca kosodrzewinie i staje się jasne, że od celu dzielą nas już tylko minuty. Idąc Doliną Chochołowską mieliśmy dziesiątki tematów do rozmów, ale teraz wymiana zdań pojawia się znacznie rzadziej. Trzymamy solidne tempo, by w końcu wyjść ponad linię lasu i kosodrzewiny.
Widok z Grzesia na dalszą część szlaku. Na lewo od centrum kadru widoczny Wołowiec.
Pogoda i nastroje dopisują – po chwili Grześ zdobyty. Rozsiadamy się wygodnie by spokojnie coś zjeść i nacieszyć się widokami. Rozglądamy się dookoła, a ja wzrok skupiam na Wołowcu. Dalsza część trasy robi na mnie wrażenie i ma jeden bardzo ważny dla mnie plus. Wiedzie praktycznie cały czas otwartym terenem, który pozwoli nam na podziwianie otoczenia. Jesteśmy tak bardzo pochłonięci tym wszystkim, że zamiast iść w stronę Rakonia niebieskim szlakiem, trafiamy jakimś sobie tylko znanym sposobem na szlak zielony. I tak uśmiechnięci i zadowoleni z siebie schodzimy wesoło na Słowację.
Gdy zdziwienie zmazało nam już uśmiechy z twarzy stało się jasne, że to chyba jednak nie tędy. Otrzeźwienie przyszło stosunkowo szybko i po kilku minutach wracamy na Grzesia gdzie już potrafimy rozpoznać właściwy kolor szlaku – niebieski. Jak niebo. Od tego momentu, z minuty na minutę jest już coraz lepiej i ładniej. Wołowiec wydaje się bliski ale to ciągle prawie dwie godziny marszu i Rakoń po drodze.
Z każdym krokiem Wołowiec coraz bliżej. Tutaj widoczny przy lewej stronie kadru. Po drodze wejdziemy jeszcze na Rakoń.
Długim Upłazem na Rakoń
Trasa do tego momentu jest naprawdę bardzo przyjemna i to pomimo prażącego słońca. Na szczęście liczne chmury na niebie przynoszą momentami krótkotrwałą ulgę. Spokojnie przemierzamy kolejny odcinek szlaku – Długi Upłaz. To właśnie ten porośnięty trawą i kosodrzewiną fragment grani pomiędzy Rakoniem, a Grzesiem, który przez cały niemal czas gwarantuje przyjemne dla oka widoki.
Spacer Długim Upłazem
Czas szybko mija, a my już wkrótce możemy sobie pozwolić na krótki odpoczynek na szczycie Rakonia – 1879 metrów. Nie jest to szczyt specjalnie wybitny, ale panorama jaka się z niego roztacza jest naprawdę świetna. To jeszcze bardziej rozpala naszą wyobraźnię przed wejściem na Wołowiec. Słońce zaczyna przypiekać i dzisiaj mogę się już pochwalić opalenizną “na zebrę”. Tu gdzie odkryte spalone, tam gdzie zakryte białe.
Okolice Rakonia. Widać wyraźnie ścieżkę, którą do tej pory przemierzaliśmy.
Z przełęczy Zawracie na szczyt Wołowca
Krótka przerwa i wszyscy jesteśmy gotowi by ruszać dalej. Obniżamy się nieznacznie na rozdzielającą Wołowiec od Rakonia przełęcz Zawracie, by po chwili ostro ruszyć do góry. Cały ten czas idziemy szlakiem granicznym, dlatego też w uproszczeniu wszystko co po naszej prawej leży na Słowacji, a to co po lewej w Polsce. Szczególnie efektownie wyglądają słowackie Rohacze, a ich postrzępione wierzchołki przypominają raczej szczyty Tatr Wysokich. My skupiamy się już na rytmicznym stawianiu kroków, by jak najszybciej znaleźć się na szczycie naszego pierwszego dwutysięcznika.
Ścieżka zakosami ostro pnie się do góry.
Co chwilę zerkam jednak za siebie by zobaczyć przebieg naszej dotychczasowej trasy. Tak cieszący przed chwilą Grześ, wygląda teraz jak niewielki pagórek. W oddali malują się beskidzkie wzniesienia z Babią Górą na czele.
Rzut oka za siebie na Rakoń, Osobitę oraz Babią Górę (w tle po lewej). Na prawo od Rakonia odchodzi Długi Upłaz.
Wołowiec, czyli pierwszy dwutysięcznik w życiu
Jeszcze tylko kilkadziesiąt metrów i trochę usuwających się spod nóg kamieni i… jesteśmy na szczycie Wołowca! Widoki są niesamowite i naprawdę ciężko opisać je słowami. Sunące po niebie chmury malują swoimi cieniami fantastyczne krajobrazy. Szukamy trawiastego miejsca i rozsiadamy się wygodnie.
Czas na wypoczynek.
Przed nami widok na resztę wzniesień Tatr Zachodnich, zza których wybijają się najwyższe szczyty Tatr Wysokich. Tuż przed naszymi oczami mamy strzeliste Rohacze, a w dolinie Jamnickie Stawy. Jest pięknie.
Rzut oka w stronę Tatr Wysokich.
Pozwalamy sobie na dłuższą chwilę relaksu. Nie spieszy nam się na dół, a pogoda dopisuje. Korzystamy więc z każdej chwili na szczycie. Po wzmocnieniu się słodyczami, obchodzę rozległy szczyt Wołowca podziwiając okoliczne góry i doliny. Nawet ja nie spodziewałem się, że będzie tutaj tak pięknie. W środku cieszę się jak dziecko z prezentu na gwiazdkę. Na zewnątrz jednak trzymam przed chłopakami fason pytając retorycznie co chwilę: “Ładnie, nie?”
Reszta grupy próbuje nawiązać kontakt ze światem i zapewne pochwalić się widokami.
Zejście zielonym szlakiem do Wyżniej Doliny Chochołowskiej
Żarty żartami, ale nie ukrywam, że moglibyśmy na tym szczycie siedzieć i siedzieć. Czas jest jednak nieubłagany i po chwili musimy zacząć schodzić. Przed nami perspektywa długiego zejścia i uporania się po raz kolejny z całą Doliną Chochołowską. Pakujemy się i spokojnym tempem ruszamy cały czas ciesząc się tym udanym jak do tej pory dniem. Wracamy na przełęcz Zawracie, skąd zielonym szlakiem zmierzamy w stronę Polany Chochołowskiej.
Zielony szlak łączący Zawracie i Polanę Chochołowską.
Droga wzdłuż ścieżki jest długa i monotonna. Odwracamy się co jakiś czas by rzucić jeszcze okiem na szczyt, który sprawił nam tyle frajdy. Wkrótce schodzimy niżej i niżej, by zniknąć po chwili w lesie. Na nowo rozbrzmiewają dyskusje i wymiana wrażeń. U niektórych z nas pojawia się ból stóp, co zaczyna ograniczać nasze tempo. Do pokonania mamy jeszcze kilka kilometrów po płaskim terenie ale dłuży się to okropnie. Powoli jednak schodzimy do Siwej Polany gdzie zaparkowaliśmy rano samochód. Zmęczeni, opaleni ale co najważniejsze zadowoleni kończymy powoli naszą wycieczkę na Wołowiec. Trasa na mapie wyglądała mniej więcej tak:
Czy warto wejść na Wołowiec?
Obfitujący we wrażenia dzień kończę widokiem Giewontu w blasku zachodzącego słońca. Pierwszą wizytę w Tatrach będę wspominał naprawdę długo. Pokonana przez nas trasa, mimo że nie jest trudna technicznie, potrafi dać w kość. W końcu to praktycznie 26 km marszu, więc warto być świadomym, że spacer po parku to nie będzie. Jeśli natomiast krajobrazy ci się spodobały, to zerknij do wpisu o szlakach w Tatrach dla średniozaawansowanych.
Giewont o zachodzie Słońca.
Co widać z Wołowca? Panorama i widoki ze szczytu
Wołowiec stoi w głównej grani Tatr Zachodnich, dokładnie na granicy ze Słowacją, więc widać z niego w zasadzie wszystko, co w tej części gór najciekawsze. Żeby być uczciwym: nie każde zdjęcie poniżej zrobiłem z samego wierzchołka, część pochodzi z najbliższej okolicy. Pod każdym podpisałem szczyty w kolejności od lewej.
1. Widok z Wołowca na wschód: Tatry Wysokie, Bystra i Starorobociański Wierch
Na wschód ciągnie się główna grań Tatr Zachodnich, a zza niej wybijają się najwyższe szczyty Tatr Wysokich. Patrząc od lewej w oddali, widać Ciemniak (2096 m) w masywie Czerwonych Wierchów, Świnicę (2301 m) i odległy Lodowy Szczyt (2627 m – w centrum kadru na ostatnim planie). Dalej w prawo piramida Starorobociańskiego Wierchu (2176 m) i Bystra (2248 m), czyli najwyższa góra całych Tatr Zachodnich. Kadr zamykają Jarząbczy Wierch (2137 m) i Raczkowa Czuba (2194 m), które opisałem przy okazji wycieczki przez Otargańce. Są przy samej prawej krawędzi kadru. Na pierwszym planie, nieco po prawej i z charakterystyczną ścieżką, trawersującą szczyt, leży Łopata.

Od lewej: Ciemniak, Świnica, Lodowy Szczyt, Starorobociański Wierch, Bystra, Jarząbczy Wierch i Raczkowa Czuba. Na pierwszym planie Łopata
2. Widok z Wołowca na południowy zachód: Rohacze
Stąd najlepiej widać, dlaczego Rohacze mają taką ciekawą opinię wśród turystów. Postrzępione wierzchołki Rohacza Ostrego (2088 m) i Rohacza Płaczliwego (2125 m) przypominają raczej szczyty Tatr Wysokich niż resztę łagodnych Tatr Zachodnich. Między nimi leży Rohacka Przełęcz (1955 m), a w głębi widać Baraniec (2185 m) i Szczerbawy (2149 m).

Od lewej: Szczerbawy, Baraniec, Rohacz Ostry (w centrum kadru), Rohacka Przełęcz i Rohacz Płaczliwy przy prawej krawędzi zdjęcia
3. Widok z Wołowca na północny wschód: Dolina Chochołowska i Kominiarski Wierch
Patrząc w tym kierunku, można pooglądać sobie drogę, którą się pokonało w drodze na Wołowiec. W dole leży Polana Chochołowska (1150 m) ze schroniskiem, a nad doliną, nieco po prawej góruje Kominiarski Wierch (1829 m). Po lewej stronie kadru wyrasta Bobrowiec, po prawej natomiast widać Giewont (1895 m) i raz jeszcze Ciemniak (2096 m). Z tej perspektywy Chochołowska wygląda nawet niewinnie.

Od lewej: Bobrowiec, Kominiarski Wierch, Giewont i Ciemniak. W dole Polana Chochołowska
4. Widok z Wołowca na północ: Rakoń, Osobita i Babia Góra
Na pierwszym planie w centrum widać Rakoń (1879 m), przez który prowadzi szlak z Grzesia, a po lewej Osobita (1687 m). Przy dobrej widoczności w tle pokazują się Beskidy: Babia Góra (1725 m), odległa o ponad 40 kilometrów, a obok niej odpowiednio po lewej Pilsko (1557 m) i po prawej Polica (1369 m).

Na pierwszym planie Rakoń, po lewej Osobita. W tle od lewej: Pilsko, Babia Góra i Polica
5. Widok z Wołowca na zachód: Trzy Kopy, Hruba Kopa i Banówka
Dalszy ciąg grani za Rohaczami. Patrząc od lewej: Trzy Kopy (2136 m), Hruba Kopa (2166 m) i Banówka, czyli szczyty, które mają u mnie osobny wpis. Dalej Pachoł (2167 m), Spalona Kopa (2083 m), Salatyński Wierch (2048 m) i Brestowa (1934 m).

Od lewej: Trzy Kopy, Hruba Kopa, Banówka, Pachoł, Spalona Kopa, Salatyński Wierch i Brestowa
Wołowiec – ciekawostki i historia
- Skąd nazwa? Polscy pasterze nazywali go Hrubym Wierchem (który to już tatrzański Hruby?), ale ostatecznie upowszechniła się nazwa słowacka.
- Wypas: dawniej na stokach Wołowca prowadzono wypas owiec.
- Kozice i świstaki: w okolicach wierzchołka lubią przebywać kozice, a piargi po północnej stronie upodobały sobie świstaki.
- Krokusy: wiosną na Polanie Chochołowskiej kwitną krokusy, ale nie myśl sobie, że pooglądasz je w samotności.
Parking, bilety i dojazd pod szlak na Wołowiec
Wycieczka zaczyna się na parkingu przy Siwej Polanie w Witowie, u wylotu Doliny Chochołowskiej. W odróżnieniu od Palenicy Białczańskiej nie trzeba tu rezerwować miejsca przez internet, obowiązuje zasada „kto pierwszy, ten lepszy”. W wakacyjne weekendy warto być wcześnie, a podczas krokusowego szaleństwa, skoro świt.
Bilet wstępu kupujesz przy wejściu do doliny. Warto wiedzieć, że Dolina Chochołowska w dużej części należy do Wspólnoty Leśnej z Witowa, która pobiera własną opłatę, więc nie jest to ten sam bilet co przy pozostałych wejściach do Tatrzańskiego Parku Narodowego. Aktualne ceny sprawdź przed wyjazdem, bo potrafią się zmieniać z sezonu na sezon.
Bez samochodu dojedziesz busem z Zakopanego do Witowa i w sezonie kursują one dość często.
Wołowiec – najczęstsze pytania i odpowiedzi (FAQ)
Czy wejście na Wołowiec jest trudne?
Technicznie nie. Na całej trasie z polskiej strony nie ma ani jednego łańcucha, klamry czy eksponowanego trawersu. Całą trudnością jest dystans, czyli około 24 kilometry i 1300 metrów w pionie. Ostatnie podejście na szczyt jest strome i kamieniste, ale nie wymaga niczego poza uwagą. Jeśli chodzisz po Beskidach całodniowe trasy, poradzisz sobie bez problemu.
Ile się idzie na Wołowiec?
Z parkingu na Siwej Polanie przez Grzesia i Rakoń wejście zajmuje około 5 godzin. Cała pętla z zejściem Wyżnią Doliną Chochołowską to 9-11 godzin samego marszu, a z przerwami realnie cały dzień. Nam zeszło wtedy jakieś 10 godzin razem z postojami. Rower na odcinku doliny skraca to o mniej więcej dwie i pół godziny.
Czy Wołowiec nadaje się na pierwszy dwutysięcznik?
Tak i to jeden z lepszych wyborów w całych Tatrach. Nie ma tu żelastwa, przepaści ani miejsc, w których trzeba przełamywać lęk wysokości. Sam zaczynałem tatrzańską przygodę właśnie od Wołowca i do dziś uważam, że to był dobry pomysł. Jedyne, co musisz mieć, to kondycja na całodzienny marsz.
Którędy lepiej wejść: przez Grzesia czy Wyżnią Doliną Chochołowską?
Przez Grzesia i Rakoń. Ta droga jest nieco dłuższa, ale od wyjścia ponad las prowadzi otwartą granią i widoki towarzyszą ci przez kilka kilometrów. Zielony szlak Wyżnią Doliną Chochołowską jest krótszy, tyle że przez większość drogi nie zobaczysz nic. Najlepsze rozwiązanie to pętla: w górę przez Grzesia, w dół zielonym.
Czy można wjechać rowerem w Dolinę Chochołowską?
Tak. Odcinek z Siwej Polany do schroniska na Polanie Chochołowskiej, czyli około siedmiu kilometrów, można przejechać rowerem. Wypożyczalnie działają przy parkingu na Siwej Polanie. Sprzęt zostawia się w stojakach przy schronisku i dalej idzie pieszo, bo powyżej jazda jest zabroniona.
Gdzie zaparkować przed wejściem na Wołowiec?
Na parkingu przy Siwej Polanie. Nie obowiązuje tu rezerwacja internetowa, miejsca zajmowane są według kolejności przyjazdu. W sezonie warto być przed ósmą rano.
Czy da się wejść na Wołowiec zimą?
Da się, ale to zupełnie inna wycieczka. Dochodzą raki, czekan, znajomość zagrożenia lawinowego i krótki dzień przy trasie, która latem zajmuje dziewięć godzin. Przed wyjściem koniecznie sprawdź komunikat lawinowy TOPR.
O czym pamiętać przed wyjściem na Wołowiec?
Przede wszystkim o zapasie wody, bo w upalny dzień te 10 czy 11 godzin na szlaku potrafi wykończyć. W czasie tak długiej wędrówki pogoda może się diametralnie zmienić, a letnie burze nie są tylko legendą, więc do plecaka spakuj coś cieplejszego. No i pamiętaj o schronisku na Polanie Chochołowskiej. To dobre miejsce, żeby odpocząć przed właściwym podejściem albo zrewidować plany, jeśli zabraknie pogody lub sił.

















Niesamowite fotki! W tym roku byliśmy pierwszy raz na szlaku w górach, i muszę przyznać, że moje stopy uratowały wygodne buty i wełniane skarpetki. Dzięki nim szło mi się doskonale, stopy cały dzień miały zapewniony w nich maksymalny komfort. Zmęczenie było ogromne, ale przynajmniej obyło się bez pęcherzy i otarć 🙂
Jeśli tylko byście mieli taką możliwość, to z całego serca polecam wędrówkę po Tatrach z noclegami w schroniskach. My swego czasu zaczęliśmy w Dolinie Chochołowskiej i skończyliśmy w Dolinie Roztoki. Wieczorna i poranna atmosfera w schroniskach jest niesamowita, do tego odchodzi nam zmęczenie związane z dojściem do szlaków docelowych. I dłużej można kontemplować szczyty!
Super trasa, zmotywowal mnie Twoj wpis do doczepienia jej do naszego planu na nastepny miesiac.
Mam pytanie, czy na trasie sa jakies zrodelka gdzie mozna napelnic puste butelki woda?
Musze Wam bardzo podziękować, bo zainspirowaliście mnie tym wpisem. W zeszły weekend wybrałem się właśnie tą trasą na Wołowiec, zahaczając jeszcze o Przełęcz Bobrowiecką. Było cudnie. Zawsze sie bałem Tatr, bo mi się wydawało, że to góry bardzo wysokie i dla mnie niedostępne. A jednak! Już planuję kolejny wypad. Dzięki!
Skąd zrobiłeś zdjęcie Giewontu o zachodzie?
To była jakaś polanka w pobliżu naszego miejsca noclegowego. Gdzieś w Murzasichle.
Muszę przyznać że towarzyszyły mi podobne uczucia do tych tu opisanych
Też to cieszenie się jak dziecko też zachwyt a i również wewnętrzna satysfakcja że się zobyło Wołowiec
Dziekuję za opis który przypomniał mi wszystkie te wrażenia te myśli te uczucia
Wystarczyło parę słów by przypomnieć stan ducha panujący w moim jestestwie ponad 20 lat temu Ach aż przyjemnie zrobiło się w mym sercu
Pięknie tam. Byłam tam raz Ok 18 lat temu ale był to początek maja i było sporo śniegu i prawie żadnych widoczków bo mgła. Nadal jeden z moich ulubionych szlaków. Mam nadzieje, ze za 3 tygodnie uda mi sie tam wejść po raz drugi tym razem z moim mężem (góralem) który nie lubi za bardzo chodzić po górach 🙂
Góral, który nie lubi chodzić po górach? A to historia 😀 Powodzenia!
Pięknie ! W niedzielę tę trasę pokonamy również my 🙂 pewnie nie będzie tak zielono ale liczę mimo wszystko na super widoki 🙂 Pozdrawiamy Edyta i Wojtek
Na dole pewnie będzie już całkiem wiosennie 🙂 Mam nadzieję, że pogoda dopisze. Trasa doliną trochę się ciągnie, ale później jest już super 🙂
Ile Wam zajęła ta wycieczka tam i z powrotem? Piękne zdjęcia 🙂
Patrzę na godziny ze zdjęć i wychodzi jakieś 10 godzin, wliczając w to przerwy i postoje. Zależnie więc od kondycji trzeba liczyć… cały dzień 😀
Jak to się mówi, pierwsze koty za płoty. Chyba połknęliście tatrzańskiego bakcyla, co? 😉 Ostatnie zdjęcie – rewelacja!
Trudno się w tych Tatrach nie zakochać 😀 To potem rodzi sam kłopoty, bo chce się wracać i wracać 😀 Wszystko jednak przed nami – szlaków jeszcze szybko nie braknie, a i później się zobaczy 😀
Oj ciągnie mnie w te Zachodnie, zwłaszcza że z Wołowcem mam do wyrównania rachunki! Zdjęcia jak zwykle super 🙂
Zachodnie są fajne, a dla nas szczególne bo tam zaczynaliśmy przygodę z Tatrami. Teraz czekamy na pogodę, bo w tym roku coś nie dopisuje póki co:)
Przepiękne widoki! Chyba czytacie w moich myślach, bo Tatry Zachodnie od jakiegoś czasu nie dają mi spokoju 🙂 Czekam tylko na trochę wolnego, żeby wprowadzić w życie chociaż małą trasę – na dobry początek oczywiście , bo i forma póki co tylko na prostsze szlaki. Rawki udało mi się zahaczyć dużo szybciej niż myślałam, więc może i na Tatry nie będę musiała bardzo długo czekać. Relacja jak zwykle bardzo pomocna , więc pozostaje tylko czekać na dalszy ciąg 🙂
Dzięki, fajnie że się przydało:) Widzę, że szybko odhaczać kolejne pozycje z listy – brawo! 😀 Pogoda dopisała? My też myślimy już o Tatrach, ale tegoroczna pogoda jakoś nie może się zgrać z naszymi wolnymi terminami 🙂 Pozostaje czekać 🙂
Niestety nie odhaczam tak często jakbym chciała, ale grunt, że czasem uda się wyjechać. Tatry zaplanowane na połowę września, więc już odliczam dni! Oby tylko dopisała pogoda i siły, żeby zrealizować wszystkie plany 🙂 W Bieszczadach było idealnie, jak to w Bieszczadach ? Mam nadzieję, że i Tatry okażą się dla nas łaskawe na dobry początek znajomości 🙂
No oby! 🙂 Też planujemy urlop we wrześniu, ale raczej pierwsza połowa. Zobaczymy co z tego całego planowania wyjdzie, ale może uda się zawitać w Tatry chociaż na chwilę 🙂
Gratuluje pierwszej wizyty w Tatrach i pierwszego dwutysięcznika. To teraz czas na kolejne 😉
A widok na Giewont o zachodzie super!
Chciałoby się więcej i więcej:) Byliśmy tam dwa dni ale nie miałem jeszcze czasu nic poza tym wrzucić. Kuszą teraz Tatry Wysokie i trzeba będzie pewnie znaleźć jakiś stosunkowo łatwy szlak. U nas wspinanie jeszcze chwilowo nie wchodzi w grę:)